Przedpremierowo: Światło, które utraciliśmy | Jill Santopolo

Przedpremierowo: Światło, które utraciliśmy | Jill Santopolo



Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki, która swoją premierę będzie miała 5 lipca. To książka, którą przeczytałam w tym miesiącu pierwsza, która tak mną wstrząsnęła i sprawiła, że jeszcze przez długi czas jej nie zapomnę. Nie chcę zdradzać zbyt wiele fabuły tej książki, bowiem sami powinniście ją poznać. Opowiem Wam o emocjach, które towarzyszyły mi podczas jej czytania oraz o wnioskach, które dzięki niej wyciągnęłam.


Światło, które utraciliśmy

Jill Santopolo

Za przedpremierowy egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Otwartemu!



Lucy i Gabe poznali się 11 września 2001 roku, gdy wieże WTC w mieście, którym byli wtedy runęły, a oni poznali, czym jest smak miłości. Mimo wyrzutów sumienia, ten dzień stał się dla nich światłem, które wyznaczało im drogę do końca życia. Zrozumieli, że życie jest zbyt kruche, by nie próbować spełnić swoich swoich marzeń, które w końcu zwyciężyły ponad miłością. W dniu, w którym program produkowany, że przez Lucy otrzymuje nagrodę Emmy, Gabe postanawia wyjechać na Bliski Wschód i rozwijać swoją karierę. Podejmuje decyzję bez żadnych kompromisów i wtedy całe dotychczasowe życie tych dwojga się zmienia. Coś się kończy, by coś innego mogło się zacząć. Czy pierwsza miłość będzie też tą ostatnią?


Tym, co czyni tę książkę wyjątkową jest narracja Lucy, w której zwraca się bezpośrednio do Gabe'a. Opowiada nam ich historię oraz to, jak potoczyły się dalsze losy obojga, gdy ich ścieżki rozeszły się w dwóch różnych kierunkach, zabierając ze sobą światło, które towarzyszyło im, kiedy byli razem. Każdy rozdział zaczyna się od sentencji, pewnego rodzaju przemyśleń Lucy, która z biegiem czasu dostrzegła sens sytuacji, które wcześniej postrzegała w inny sposób niż teraz. Książka została napisana niczym jeden wielki cytat. Każde słowo ma głębokie znaczenie i jest naznaczone piętnem życia oraz doświadczeniem. 

Z niewiadomych powodów nie spodziewałam się niczego wielkiego po tej książce. W końcu scenariusz, w którym dwoje ludzi rozchodzi się z powodu kariery to standard. Otóż nie! Ta opowieść ukazuje życie w pełnej krasie, wypełnione bólem, złymi oraz dobrymi decyzjami, sukcesami i porażkami. Czy nasza jedna decyzja może wpłynąć na innych ludzi, naszą przyszłość w każdym calu i pod każdym względem? Otóż tak i o tym właśnie mówi ta książka. O tym, o sile marzeń, rzeczach, które jesteśmy w stanie poświęcić, by je osiągnąć, emocjach, które nas przepełniają, o sztuce i chęci pokazania światu prawdy.

 W książkę w ciągnęłam się od pierwszych stron, tak, że całość pochłonęłam w siedem godzin, a później przez następne tyle dochodziłam do siebie po tym pięknym, a zaraz wyniszczającym zakończeniu. Wielokrotnie się wzruszałam, w końcu płakałam jak bóbr - w żadnym razie nie czytajcie jej bez chusteczek! Nie mamy tutaj sztucznych happy-endów, bajek niczym w "Kopciuszku", ani spełnienia marzeń takiego, jak w filmach dla nastolatków. Z ciekawością i nostalgią, w którą wprowadziła mnie autorka, poznawałam największe sekrety miłości, między dwojgiem ludzi, którzy odczuwali emocje silniej niż inni. Później dawałam się ponieść do ciągu dalszego, które rozrywało mi serce. Poznawałam nowych ludzi w życiu Lucy, którzy mieli zrekompensować jej pierwszą miłość. Tylko, co wtedy, jeśli wraz z utraceniem największej miłości swojego życia, tracimy również kolory świata, zdolność odczuwania tak mocno jak kiedyś? Chyba nie pozostaje nam zadowolić się tym, co mamy i zaakceptować to, czego mieć nie możemy.

Mężczyźni w życiu Lucy to dwa odrębne światy. Gabe, marzyciel, spontaniczny i gotowy na każde wyzwanie, zwiedzający świat, kochający mocno, a żyjący szybko oraz pragnący przysłużyć się dla świata, był bardzo wrażliwy na okrutną rzeczywistość. Darren natomiast to ciepły, kochający facet, potrafiący poskładać do kupy fragmenty papierowej laleczki, dający bezpieczeństwo i stabilność. Lubiący mieć zaplanowane wszystko od początku do końca, pokazał Lucy, żeby żyć inaczej, ale czy pozwolił zapomnieć o tym, co miała kiedyś, a co straciła?
Akcja książki rozciąga się na ogromną skalę. Zaczyna się na studiach, a kończy, gdy jest już zamężną kobietą, która ma swoją bezpieczną przystań, dzieci i szczęście, o jakim marzy niejedna kobieta. 


"Nauczyłeś mnie, że zawsze trzeba szukać piękna. W ciemności, w ruinach potrafiłeś odnaleźć światło. 
Nie wiem, jakie piękno i jakie światło teraz odnajdę. Ale spróbuję. Zrobię to dla ciebie. Bo wiem, że ty zrobiłbyś dla mnie to samo."


Jeśli podobała Wam się "Love Rosie" to ta również powinna przypaść Wam do gustu. Ma wiele wspólnych wątków, jednak nie przypomina jej w żaden sposób. "Światło, które utraciliśmy" jest opowieścią realną, w której bohaterowie są bardziej niż autentyczni, a świat przedstawiony w niej został skonstruowany tak, aby każdy, niezależnie od wieku, mógł się w niej odnaleźć. W niektórych momentach napawa nas nadzieją, w innych łamie nam serca, w kolejnych je depcze po tym, jak pozbiera je do kupy. Kilkakrotnie chciałam rzucić książką o ziemię, bo była tak brutalnie prawdziwa i przekonująca, że przeżywałam wszystko razem z bohaterami, utożsamiając się z ich sytuacją. 

Koniecznie powinniście ją przeczytać, nie po to, żeby spędzić miło czas w piątek wieczorem, tylko po to, by nauczyć się czuć ból drugiej osoby, uświadomić sobie, jak kruche jest życie, a jak mocno kocha się ludzi, których tak łatwo można stracić. Jak ciężkie jest dorosłe życie, nawet jeśli mamy opracowany plan na najbliższe 10 lat. Ta pozycja jest obowiązkowa dla każdego wrażliwego czytelnika lubiącego popłakać, a jednocześnie zakochać się w bohaterach na czas lektury. To wyjątkowa książka, którą musicie mieć na swojej półce, bo ona uczy, uświadamia i skłania do refleksji zarówno nad własnym życiem, jak i nad rzeczywistością, która nas otacza. Przez chwilę nawet poczułam się na dziesięć lat starszą, ale były takie momenty, kiedy czułam się silna i wolna. 
Mogłabym pisać o niej jeszcze więcej i więcej, ale chyba lepiej, jeśli po prostu dam Wam radę. Jeżeli zobaczycie ją w księgarni, nie przechodźcie obojętnie! Obiecuję, że się na niej nie zawiedziecie. Myślę, że sama okładka, która jest bardzo pięknie zrobiona, zachęci Was do kupna tej pozycji. :)


Flower. Jak kwiat | Shea Olsen & Elizabeth Craft

Flower. Jak kwiat | Shea Olsen & Elizabeth Craft

Egzemplarz książki zamówiłam na Livro.pl i miałam go już dwa dni przed premierą. Z niejasnych powodów wciąż odkładałam czytanie jej na później. Żeby ją w ogóle kupić, przekonał mnie mój idol, a raczej samo to, że zostawił swoją opinię na okładce książki. Mimo to byłam do niej sceptycznie nastawiona i nawet kilka razy zaczynałam ją czytać i chociaż nie była nudna, ani zła, to i tak po paru stronach ją odkładałam. Po raz pierwszy zdarzyło mi się takie niezdecydowanie, nadal nie umiem tego opisać, ale chyba bałam się, że to będzie kolejna krótka wattpadowa opowiastka o piosenkarzu i szarej dziewczynie, którzy się w sobie zakochują. Nie do końca tak było. Za to, zostałam pozytywnie zaskoczona i książka bardzo mnie wciągnęła.


Flower. Jak kwiat

Shea Olsen & Elizabeth Craft

Wydawnictwo Literackie





Charlotte pracuje w kwiaciarni, żeby odkładać na studia. Marzy o tym, żeby dostać się na Stanford. Mieszka wraz z babcią i starszą siostrą w ubogich warunkach. Każda z kobiet w jej rodzinie zachodziła w ciążę jeszcze przed osiemnastym rokiem życia. Charlotte obiecała sobie, że nie popełni tego samego błędu, co one. Pilnie się uczy i trzyma się z dala od życia towarzyskiego, nie chodzi na imprezy ani randki. Zmienia się to, gdy pewnego dnia do kwiaciarni przychodzi tajemniczy przystojniak imieniem Tate, wywraca jej życie do góry nogami i sprawia, że porzuca wszystkie dotychczasowe postanowienia. Szybko jednak okazuje się, że Tate nie jest tym, za kogo go miała. Czy mimo to ich uczucie ma szansę na przetrwanie?


"Ulotna miłość zdarza się znacznie częściej niż miłość do grobowej deski."


"Flower. Jak kwiat" to opowieść o miłości dwojga nastolatków pochodzących z dwóch różnych światów, która nigdy nie powinna rozkwitnąć. Jest napisana bardzo lekkim językiem, dzięki czemu czyta się szybko i sprawnie. Pochłonęłam ją w jeden dzień. Chwilami wydarzenia były nieco naciągane, a jeden z wątków był niezbyt przekonujący, ale książka ma o wiele więcej dobrych stron, więc na negatywy można przymknąć oko, tym bardziej, że pojawiają się przelotnie. Książka wciąga od pierwszych stron, a główna bohaterka, będąca jednocześnie narratorką, jest bardzo realistyczna i szybko się z nią utożsamiamy. Jej myśli pozwalają nam poznać jej podejście do życia oraz sytuację, w której się znajduje oraz to, dlaczego ta miłość jest taka zła. To jedna z nielicznych książek, w których po zakończeniu zamknięte są wszystkie wątki, i mimo że scenariuszem przypomina wiele popularnych książek, to nie jest oklepana, ani infatylna. Bardzo dobra lektura na nadchodzące wakacje, ewentualnie weekend po pracowitym tygodniu lub na zarwanie nocki.

Podczas lektury zdarzało mi się wstrzymać oddech w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Kilkakrotnie prawie krzyczałam z emocji w odpowiedzi na zachowanie bohaterów, którego bym się nie spodziewała. W związku tej dwójki zdarzało się tak wiele zwrotów akcji i dziwnych przebojów, że nie byłam pewna, czy za chwilę znów się coś nie wydarzy i czekałam z niecierpliwością. Zadawałam sobie wiele pytań, czego przyczyną były decyzje bohaterów. Te wszystkie wyżej wymienione czynniki, to rzeczy, które wyróżniają tę książkę na tle innych obyczajówek i sprawia, że jak na napisaną lekkim piórem, opowieść ta jest na swój sposób wyjątkowa. Samo zakończenie bardzo mnie zaskoczyło, bo nie było takie, jakiego się spodziewałam. To niesamowite, jak w jednym momencie zdarza się coś, co w ciągu sekundy zmienia całą akcję i okazuje się, że nie wszystko jest tym, czym nam się wydawało. 


Bohaterowie zostali świetnie skonstruowani. Ci drugoplanowi sprawili, że historia wydawała się o wiele prawdziwsza, niż w rzeczywistości. Były to właściwie moje ulubione postacie, w szczególności najlepszy przyjaciel Charlotte. Sama wiele bym dała, żeby go obok siebie mieć. Zarówno Charlotte, jak i Tate zmagają się z odpowiedzialnością i muszą podejmować decyzję, które wpłyną na całą ich przyszłość. Są swoimi przeciwieństwami i uzupełniają się, ale też mają wiele wspólnego. Łączą ich cechy, które sprawiają, że ta książka jest uniwersalna, opowiada o dojrzewaniu, zrozumieniu, postrzeganiu świata i odpowiedzialności, która spoczywa na barkach młodych ludzi, niezależnie od ich statusu.



" 'Gdybyś wiedziała, jak bez ciebie mi źle,
Za nic, za nic, nie opuściłabyś mnie.' "



Autorki poruszyły wiele tematów oraz wplotły wiele ciekawych motywów, które najczęściej podobają się nastolatkom i może właśnie przez to nie potrafię powiedzieć o "Flower" nic złego. Można by się przyczepić do paru rzeczy, ale to tak niewielkie drobiazgi w porównaniu do całości, która jest świetnym umilaczem czasu, że nie sposób się gniewać, tak samo jak na Tate'a, który jest zagubionym w życiu człowiekiem i to sprawia, iż podbija serca czytelniczek. A może po części to ta muzyka?

W każdym razie polecam tę książkę wszystkim młodszym i starszym ludziom, którzy chcieliby choć na chwilę uciec od codzienności i obowiązków, które obowiązują nas wszystkich!


The Call. Wezwanie - Peadar O'Guilin

The Call. Wezwanie - Peadar O'Guilin

Byłam bardzo ciekawa tej opowieści, bowiem doszły mnie słuchy, że przypomina "Igrzyska Śmierci", jak i inne, podobne fabułą książki. Uwielbiam takie klimaty. Teraz po przeczytaniu, mogę stwierdzić, że do tej jednej książki można porównać "The Call. Wezwanie", bowiem mają pewien wspólny wątek. Dzieci w swojej rzeczywistości szkolą się w sztuce przetrwania oraz walki, by móc wygrać wojnę, gdy przyjdzie czas ich Wezwania.



The Call. Wezwanie

Peadar O'Guilin

Za egzemplarz z całego serca dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona!


Nessa tak jak wszystkie inne dzieci musi przejść szkolenie, by móc przetrwać, gdy przyjdzie pora jej Wezwania do Szaroziemi, krainy dziwnych stworzeń, których do tej pory nie rozumiem. Wezwanie w jej świecie trwa zaledwie trzy minuty, ale w ich krainie to cały dzień. Po tym czasie wezwana osoba wraca do swojego świata, martwa albo żywa. Jeśli uda jej się przeżyć walkę z Sidhe, wiecznie młodymi, szczęśliwymi, ale łaknącymi zemsty za błędy ich przodków mieszkańcami, nigdy nie jest już taka sama. Zmienia się zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Sidhe są w stanie zmienić człowieka, bowiem posiadają niezwykłe zdolności. Także Nessę coś wyróżnia. Nie może chodzić, a to duże utrudnienie. Wszyscy z góry skazują ją na porażkę, jednak ona zdeterminowana jest przeżyć, "i nikt jej w tym nie przeszkodzi".

 Książka najbardziej ze wszystkich dzieci, skupia się na Nessie, jednak narrację prowadzi mnóstwo osób i ich oczami możemy zobaczyć, jak przechodzą przez Wezwanie, a także, jak toczy się ich codzienne życie w miejscu, w którym przyszło im się szkolić. Oni sami przeciwko nieśmiertelnym Sidhe, muszą walczyć, uciekać i utrzymać się przy życiu tak długo jak będzie trwało Wezwanie. 
Opis książki niewiele mówi o jej treści, co jest fajne, bo na czytelnika czeka mnóstwo niespodzianek. Nie byłam przygotowana na to, co przeczytałam i nie wiedziałam, gdzie szukać podobieństw do Igrzysk. Znalazłam ich dość dużo, np. znani nam "Karierowcy" zostali tutaj zastąpieni "Rycerzami", a przynajmniej tak się nazwali ci, którzy sądzą, że są najsilniejsi i wręcz czekają na swoje Wezwanie, zamiast bać się go tak jak inni. Nessa ze swoim porażeniem nóg może się równać Katniss z najbiedniejszego Dystryktu, obie mają niewiele do zaoferowania, jednak są silne i zdeterminowane, żadna z nich też nie zamierza się poddać na starcie.

W "The Call" widzimy straszliwą rzeczywistość, w której dzieci tracą życie w ramach zemsty. Sidhe dawno temu zostały wygnane z Krainy Barw do maleńkiego świata, w którym dziś żyją, w zamian przywołują nastolatków do Szaroziemi. Tam, bawiąc się z nimi w kotka i myszkę, umilają sobie czas. Byłam pozytywnie zaskoczona opisem tej dziwnej, a jakże pięknej krainy. Jest ona pełna magii, dziwnych stworzeń i rzeczy. Sama walka o przetrwanie ukazana przez autora nie przypominała mi niczego, co wcześniej czytałam. Sidhe były dla mnie jak małe, ale groźne elfy i miło się z nimi stykało, choć bohaterzy książki pewnie nie podzieliliby mojej opinii.


"Ale tam, gdzie żyjesz, pośród nieustannego piękna, każdy, kto docenia cierpienie, musi udawać coś dokładnie przeciwnego, nawet przed samym sobą."


Przy "The Call" oderwałam się od rzeczywistości, a świat wykreowany przez autora niespodziewanie mnie pochłonął. Nie spodziewałam się po niej niczego wielkiego, ale z każdą stroną wydawało mi się, że jest coraz lepiej, aż nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do końca. Podobali mi się również bohaterzy. Każdy z nich był inny i każdy miał swoje własne indywidualne podejście do Wezwania oraz inny tok myślenia, który pozwolił nam na poznanie sytuacji z różnych stron. Jedyne moje zastrzeżenie to styl pisania autora. Miałam wrażenie, że się nudził, pisząc niektóre sceny i szybko jej skracał. Opisy były niepełne, a w niektórych dialogach nie widziałam żadnego sensu, jednak ewidentnie widać było, że czeka na takie sceny jak walki oraz Wezwania. Bardzo dobrze sprawdzał się w scenach akcji i w chwilach, kiedy miałam okazję znaleźć się w Szaroziemi na własne trzy minuty, spędzałam je bez tchu, bo nawet nie zauważyłam, kiedy wstrzymałam oddech.
To fajna, lekka lektura, jednak nie nadaje się dla osoby, która na co dzień nie czyta fantastyki. Podobała mi się, ale raczej już do niej nie wrócę, a także nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Zakończenie książki pobudza ciekawość i mogłoby być wstępem do kolejnej części oraz walki z Sidhe o sprawiedliwość dla narodu, który musi przetrwać, jednak mam nadzieję, że autor nie będzie wydłużał serii, bo myślę, że to, co najważniejsze, zostało powiedziane w tej części. Zapraszam do przeczytania na długi weekend albo zerwania nocki!


Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na wyjątkową okładkę tej książki. Jest przepiękna i robi wrażenie! Została świetnie skonstruowana. Zobaczcie sami.






Co przyniesie wieczność | Jennifer L. Armentrout

Co przyniesie wieczność | Jennifer L. Armentrout



W czerwcu bardzo podciągnęłam się z czytaniem i prowadzeniem bloga, bo nauczyłam się organizować sobie czas. Mam przeczytane już mnóstwo pozycji, pozostaje mi tylko napisanie ich recenzji. Jako że nie współpracuję z żadnym wydawnictwem, nie muszę się spieszyć z pisaniem, jednak jest we mnie dużo z perfekcjonistki i lubię mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Nie przekładam pisania recenzji w nieskończoność. Po części nie lubię niczego odkładać  i czekać, bo aż świerzbią mnie palce, żeby wykonać zaległą pracę (dokładnie jak wtedy, gdy ktoś niedokładnie zmaże tablicę w szkole, a ja mam ochotę domazać resztki kredy za niego), ale w szczególności motywują mnie do pracy wiadomości, które otrzymuję od czasu do czasu na instagramie od czytelników mojego bloga. Choć prowadzę go niedługo, to mam już parę stałych czytelników, którzy sprawdzają moje posty nawet wtedy, gdy są już po lekturze danej książki. Nie wszyscy wiedzą, że o nich właśnie piszę, ale widzę Was - Wasze komentarze oraz inne aktywności! To mi daje pozytywnego kopa.
Trochę gorzej natomiast z książkami, bowiem to drogi interes, na który wydaję mnóstwo pieniędzy, szczególnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Zakupiłam wszystkie zaległe nowości, aż zbankrutowałam, a tu nagle pojawiło się mnóstwo kolejnych świetnych premier... jak żyć?! W dodatku łatwo daję się złapać na promocję, bo jestem typową dziewczyną i musiałam kupić "Dziewczynę z zegarem zamiast serca" Petera Swansona, kiedy zauważyłam ją w zeszły piątek w Kauflandzie za zaledwie 10zł. Niby gatunek nie należał do moich ulubionych, ale opis zaintrygował mnie na tyle, iż postanowiłam, że muszę ją mieć! Niedługo pojawi się też ekranizacja. Trzeba jednak wspomnieć, że starałam się oszczędzać, ale chyba nie mam tak silnej woli, gdy w grę wchodzą książki. Wtedy wydaję wszystko, co mam! Czy ktoś ma podobnie?
Obecnie czytam "The Call. Wezwanie" podarowaną mi przez Czwartą Stronę i będzie to następna recenzja, a po niej zamierzam przeczytać "Twoim Śladem", która już czeka sobie na półce, bo po bookstagramach krążą informacje o tym, iż Wydawnictwo YA! szykuje premierę kontynuacji.
Natomiast dzisiaj mam dla Was moją opinię na temat książki "Co przyniesie wieczność".

Co przyniesie wieczność

Jennifer L. Armentrout

Wydawnictwo Filia




Jest to lekka pozycja dla młodzieży, która porusza trudny temat, z którym mierzą się główni bohaterowie. Książka przedstawia skutki dramatu, który wydarzył się w przeszłości, a teraz ma władzę nad życiem osób, które - nie z wyboru - wzięły w nim udział.

Mallory Dodge "Myszce" cisza służyła za broń, która mogła ją ocalić. Dźwięk to coś złego. Tego nauczyła się w dzieciństwie. 
Cztery lata później najgorsze przeminęło, ale nie cisza. Strach przejmuje kontrolę nad jej życiem, a to, co było jej ochroną, staje się uciążliwym balastem, którego nie może się pozbyć. Po latach indywidualnego nauczania dziewczyna stawia sobie nowy cel. Musi zmierzyć się z ostatnią klasą w publicznej szkole średniej.
Już pierwszego dnia wpada ma Ridera Starka, którego nie widziała od pamiętnej nocy, kiedy raz na zawsze wyrwała się z piekła. Był jej najlepszym przyjacielem i opiekunem, jedynym dobrym wspomnieniem z jej bolesnej przeszłości. Z początku wydaje się, że Rider wkroczył w przyszłość bez szwanku, ale Mallory uświadamia sobie, że chłopak ma swój własny wymiar cierpienia. Teraz musi odważyć się, by ujawnić prawdę i zacząć walczyć o kogoś, kogo kocha.
Pytanie tylko, czy jej się uda.

"Wieczność była czymś, co braliśmy za pewnik, ale problem z nią był taki, że tak naprawdę nie istniała."

Z samego streszczenia możemy wywnioskować,  że bohaterowie będą zmagali się z demonami przeszłości, a każdy z nich poniesie inne jej konsekwencje. Mallory jest cicha i bojaźliwa. Jest tą bohaterką o słabszej psychice, którą trzeba się opiekować i której niezbędna jest pomoc. Przez całą książkę obserwujemy jej wewnętrzną walkę między tym, co robi, a co chce zrobić, a w czym paraliżuje ją strach. Uraz z przeszłości sprawia, że każdy krok w przód jest dla niej ciężki do zdobycia, a staje się jeszcze trudniejszy, gdy otwierając drzwi do nowej poukładanej przyszłości, los stawia jej na drodze ważny element przeszłości. Musi skonfrontować się z demonami, bowiem okazuje się, że nie wszystkie sprawy zostały zamknięte.

Mallory jest jedyną narratorką w książce, więc bliżej poznajemy jej uczucia i myśli. Łatwo było mi ją zrozumieć, bo sama jestem osobą nieśmiałą, więc poczułam z nią pewnego rodzaju więź. Mimo wszystko, z czasem jej rozterki stawały się denerwujące. Jej postępy ciągnęły się w nieskończoność przez ponad pół książki, tak samo z resztą wątek miłosny. Praca nad sobą szła jej mozolnie, ale nie możemy jej za to winić, biorąc pod uwagę to, co przeżyła. Niektóre próby jej "odwagi" wydawały mi się niezbyt przekonujące, a nawet naciągane. Myszce trudno jest dodać słowo od siebie podczas śniadania, za to dość łatwo potrafiła się buntować. Nie można jednak nie wspomnieć o tym, że pomimo wszelkich słabości, Mallory cierpliwie dążyła do celu, miała wielkie serce oraz siłę, która drzemała bardzo głęboko wewnątrz niej, czekając tylko, by ją budzić.

Trochę trudniej było mi rozszyfrować Ridera. Widzimy go oczami Mallory, dla której jest rycerzem obrońcom, który jest samowystarczalny i ma zwyczaj przejmowania się wszystkimi, tylko nie sobą. Gdy spotykają się po latach, okazuje się być troszkę inny niż wnioskowaliśmy z jej wspomnień. Nie jest "bad boyem", ale bohaterka trochę próbowała go na takiego wykreować. Olewa szkołę i kompletnie nie stara się na tym polu, pozwalając, aby nauczyciele oraz otoczenie uważało go za kogoś, kim nie jest. Kogoś, kogo nie stać na wiele, a jest wręcz przeciwnie. Rider ma artystyczną duszę. Jest wrażliwy i opiekuńczy, szczególnie wobec Mallory. 
Gdy dziewczyna znów pojawia się w jego życiu, jest gotów poświęcić wszystko, żeby mieć ją blisko i nie pozwolić więcej odejść. Od kiedy zostali rozdzieleni, targały nim wyrzuty sumienia i strach, co będzie, jeśli Myszka trafi do jeszcze gorszej rodziny niż ta, w której przebywali. To nie przeminęło nawet wtedy, gdy stało się jasne, że jego przyjaciółce nic już nie grozi. Rider jednak codziennie walczy z własnym wymiarem samotności, zagubienia i poczucia bezsensu, na które wpływ ma przeszłość.

Wszyscy są przeciwko Riderowi, mówiąc, że nie jest odpowiednim towarzystwem dla Mallory, ale ona nie zamierza się poddać i pozwolić od niego oddzielić. Już nie.



"Zostaliśmy rozdzieleni.
Ale tak naprawdę nigdy o sobie nie zapomnieliśmy."

Mam wrażenie, że autorka nie do końca podołała tematowi, jaki wybrała. Poruszyła bardzo cienką granicę i po niej stąpała. Mogliśmy zobaczyć wspomnienia z przeszłości Mallory, w których był i Rider. Rider, który czytał jej bajki, gdy się bała, znajdował bezpieczne schronienie, kiedy było niebezpiecznie, przyjmował na siebie całe zło i mówił "tylko się nie odzywaj". To pomogło jej przetrwać. Przez cztery lata rozłąki wiele się mogło zdarzyć, a raczej powinno. Mallory miała specjalistyczną pomoc, która miała jej pomóc ruszyć do przodu, a tymczasem widzimy tę samą dziewczynkę, co we wspomnieniach, która chowa się po kątach. Rider nadal jej broni, choć nadal jest bezsilny, bo pławi się w swojej beznadziejności, a choć Myszka to widzi, nic nie robi. I to chyba najbardziej mnie denerwowało, bo choć jasno mieliśmy pokazane, że coś nie gra, to jedyne starania z jej strony pojawiały się w formie pytania "na pewno wszystko dobrze?", jakby nie widziała, że nie. Nawet nie starała się dociec prawdy. Wszystko kręciło się głównie wokół jej uczuć, ale to nie rzuca się tak w oczy, jeśli poświęcamy swoją uwagę także innym bohaterom. Rider wydawał się o wiele bardziej autentyczny, jednak dziwnie niczym nie poruszony. 
Jak wspominałam, autorka chyba nie do końca wiedziała, jak pociągnąć temat, żeby książka rzeczywiście mówiła o dwóch skrzywdzonych duszach, które się ze sobą splatają. "Co przyniesie wieczność" to mieszanka paru innych książek Young Adults, które na pewno już znacie. Także wątek miłosny jest tutaj słabo przedstawiony i musimy na niego czekać całą książkę, ale to w sumie budzi ciekawość w czytelniku i jest lepsze niż błyskawiczna miłość.

Podobali mi się bohaterzy drugoplanowi, którzy nadawali książce kolorów oraz motyw rodziny. Styl pisania autorki jest lekki i miły. Lekturę pochłania się szybko i z ciekawością. Nie ma tu niewiadomo jakiej akcji, ale nie jest też nudno. Co prawda książka mogłaby równie dobrze być o połowę krótsza, ale dodatkowe strony to dodatkowy czas w doborowym towarzystwie i jeszcze więcej czasu na zastanawianiu się, o co chodzi z niektórymi bohaterami, których nie potrafiłam rozgryźć. Zauważyłam, że wiele tajemniczych wątków, choć dostało rozwiązanie, nie zostało wytłumaczonych, więc mam wrażenie, że od nadmiaru stron, w którymś momencie autorka się pogubiła, nie wytłumaczyła go czytelnikowi jak trzeba albo nie miała konkretnego pomysłu. Fabuła nie jest jakoś bardzo przewidywalna, chociaż podczas czytania nie zastanawiałam się do przodu nad tym, co będzie, dałam się nawet kilka razy zaskoczyć, a raz zszokować, bo przyzwyczaiłam się do łagodności bohaterów.

Poruszone są także takie wątki jak selekcja między bogatymi i biedniejszymi, zaufanie, pomoc dla innych.




"Co przyniesie wieczność" to napisana lekko historia dwóch ludzi, których los połączył na wieczność, która nie istnieje. Jest w niej dużo ciepła, poczucia humoru, ale także bólu i niezrozumienia. Pokazuje, jak nieidealne jest życie, ale jeśli mamy kogoś, kto chce nam pomóc przez nie przejść, możemy dać sobie radę. Jeśli lubicie historie o miłości, przyjaźni i życiu to książka dla Was. Także dla wszystkich czytelników Colleen Hoover, JA Redmerski czy Jamie McGuire albo po prostu dla tych, którzy chcą spędzić miło czas. Mam parę śmiesznych wspomnień z tą książką, bo wiele dialogów w niej mnie po prostu rozrywało ze śmiechu, co z perspektywy czasu, gdy myślę o wszystkim, co wydarzyło się w książce, wprawia mnie w melancholijny nastrój. Bardzo polecam na wieczór lub weekend!
A Girl Like Her - film, który musisz zobaczyć i zrozumieć...

A Girl Like Her - film, który musisz zobaczyć i zrozumieć...



Dwoje przyjaciół
Jeden pakt
By pokazać światu
Prawdę o...

Rzadko piszę recenzję filmów - właściwie wcale - jednak jestem świeżo po obejrzenie "A Girl Like Her" i od razu stwierdziłam, że pisząc o nim post na blogu, być może dotrę do większego grona odbiorców. Film, a właściwie dokument, bo tak został przedstawiony, porusza bardzo ważne i trudne tematy, o których w dzisiejszych czasach nie mówi się tak często jak powinno. Z samego opisu mógłby brzmieć podobnie do popularnego obecnie serialu "13 powodów", jednak ani trochę go nie przypomina. Jest dużo prawdziwszy, szczerszy, boleśniejszy i bardziej przekonujący. Choć pochłonęłam serial w dwa dni, bo tak mnie wciągnął, to serwuje on oglądającym terapię szokową w nadziei, że przemówi do młodych. Do tej pory byłam pewna, że producentom się to udało, ale jak się okazuje, nie może się on równać z "A Girl Like Her", który w autentyczny sposób pokazuje problem młodzieży. Stworzony został na podstawie milionów prawdziwych zdarzeń.

Historia opowiedziana jest z wielu perspektyw. Nie mamy tutaj głównego bohatera, tylko kilku, wokół których rozgrywa się akcja, choć pozostali bohaterzy wciąż przewijają się w tle, stanowiąc ważną cześć opowieści. Mimo iż, tak jak wspominałam, jest to dokument, został stworzony w ciekawy sposób i wcale nie będzie Wam się nudzić podczas oglądania. 


Jessica Burn jest odpychana, deptana i traktuje się ją tak źle jak tylko można. Prześladuję ją jej była najlepsza przyjaciółka Avery, która jest gwiazdą szkoły. Jedyny przyjaciel Jessicy postanawia nagrać z ukrytej kamery wszelkie przejawy agresji Avery wobec rówieśniczki. Ostatecznie Jessica podejmuje próbę samobójczą, która kończy się tragedią.





W tym właśnie miejscu zaczyna się film. Po dramacie, który przydarzył się Jessicę, w szkole wybuchają plotki. Zawiadomiona zostaje telewizja i trafia do ich szkoły, by nagrać dokument o życiu dziewczyny. Jest to pewnego rodzaju nawet reportaż, bowiem za bohaterami historii wciąż chodzą kamery, a niektórzy prowadzą wideo dzienniki, poza tym mamy też wgląd w przeszłość Jessicy w postaci krótkich scen z ukrytej kamery. Na nagraniach widzimy wypowiedzi uczniów ze szkoły, nauczycieli i reszty kadry, które są dowodem na to, że mimo wielu przejawów dziwnego zachowania Jessicy, bądź zauważenia złego jej traktowania, nikt nie zrobił nic, aby jej pomóc. To jeden z ważnych elementów pokazanych w filmie. Porusza on także motyw samotności, bezsilności, nauki na błędach i nieocenianiu drugiej osoby, bowiem to, co sobą reprezentuje, nie zawsze oznacza, że to jej prawdziwa twarz. Nigdy nie wiemy, co może kogoś skrzywdzić, ani jakie czynniki wpływają na jego charakter.

"Najczęściej krzywdzą ci, którzy zostali skrzywdzeni"

Widzimy, w jaki sposób tragedia ta wpływa na życie rodziny, a także najbliższego otoczenia. Co się dzieje w takim momencie ze szkołą, która nie stara się zapobiec krzywdom. Jak kruchy i marny jest człowiek, wobec śmierci. Jak bezradny może się okazać i, co może się zdarzyć, jeśli sądzi, że łatwiej mu będzie bez niczyjej pomocy. 

Bliżej poznajemy również życie sławnej Avery, które wcale nie jest usłane różami, choć tak się wydaje. 
Jest ona postacią, którą od razu znienawidziłam, a im dłużej oglądałam, tym bardziej to uczucie się potęgowało. O wiele łatwiej mi było ją zrozumieć, gdy uświadomiłam sobie, jak trudne jest jej życie, które choć nie wymagające, nie było też łatwe.

Film serwuje dawkę silnych emocji. W pewnym momencie płakałam tak mocno, że musiałam zatrzymać film, żeby się uspokoić, bo nie byłam w stanie dalej go oglądać. - Płakałam z powodu nękanej, a później dręczycielki. - Przekazuje najważniejsze wartości, które ludzie, szczególnie nastolatkowie, zatracają i o nich zapominają, robiąc innym rzeczy, których sami nie chcieliby doświadczyć. Dokąd mogą się posunąć, gdy zostaną skrzywdzeni i przede wszystkim, jakie konsekwencje za nie poniosą. W tym przypadku najlżejsza kara może okazać się najcięższą i najtrudniejszą. 
Prześladowanie w życiu realnym, w internecie i w każdy inny jego przejaw może przełożyć się na całe życie nękanej osoby.



Moim zdaniem ten film powinien być puszczany w szkołach, żeby ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, jak niewielka rzecz może stać się największą i może nawet ostatnią, którą zrobili oni lub ktoś, kogo znali. Najzwyczajniej w świecie powinien zostać rozgłoszony dalej, aby jak najwięcej ludzi się o nim dowiedziało i poznało tę wyjątkową historię, która przemawia wprost do najwrażliwszych strun naszych serc, a także nauczyło, bo dokument "A Girl Like Her" ma zdecydowanie charakter dydaktyczny, jak i moralizatorski.

Recenzja jest krótka, bo nie chciałam się długo wywodzić na jej temat, ani opisywać niepotrzebnych rzeczy, czy zdradzać szczegółów. Chodzi w nim o to, by samemu odkryć historię ukrytą między słowami. A nawet jeśli nie przekonało Was to, co napisałam, włączcie "A Girl Like Her" choćby z czystej ciekawości i dajcie jej dziesięć minut, zanim wyłączycie. To moja jedyna prośba, nie pożałujecie.




Pamiętajcie! Nie bądźcie obojętni na krzywdę ludzką! Możesz zrobić coś małego, a może okazać się wielkie.

Królewska Klatka | Victoria Aveyard

Królewska Klatka | Victoria Aveyard



Kiedy usłyszałam o premierze "Królewskiej Klatki", która dodatkowo miała się odbyć 24 maja, czyli w moje urodziny, prawie skakałam do sufitu. Byłam bardzo podekscytowana, bo czas od wyjścia poprzedniej części szybko mi minął, choć nie powiem, że czekanie nie było torturą, po tym, jakie zakończenie "Szklanego Miecza" zaserwowała nam autorka. Druga część podobała mi się o wiele bardziej niż pierwsza, choć brakowało mi tam trochę wątku miłosnego, a przynajmniej było z nim sucho. :D Trzecia część mi to zrekompensowała, ale tylko pod tym względem. Miałam wielkie oczekiwania wobec "Królewskiej Klatki", ale trochę się rozczarowałam. Przez pierwsze pół książki wiało nudą, a nawet, gdy zaczęła się akcja, już nie czytałam jej z taką samą przyjemnością, jak poprzednich tomów.

  Mare jest więźniem Mavena, pilnie strzeżonym przez Szeptaczy, którzy nie tylko pozbawiają ją mocy, ale także osłabiają. Młody król zarzekający się, iż Mare należy się kara gorsza od śmierci i tak ostatecznie broni swojej obsesji. Mare towarzyszy mu na każdym kroku w towarzystwie ochroniarzy, jest zabawką, trofeum, zdobyczą, a przede wszystkim okiem w głowie Mavena. Za wszelką cenę próbuje utrzymać ją przy sobie, ale to najmniejszy z jego problemów. Kraj zaczyna się buntować, a rządy Mavena najwyraźniej nie podobają się Domom szlachetnych rodów, które dzielą się na jego sojuszników i wrogów. W tym czasie Szkarłatna Gwardia najwyraźniej skompletowała wszystkie nazwiska z listy Juliana, bowiem szykują się do ataku i przede wszystkim, odbicia Mare. Jednak i tam nie dzieje się dobrze, bowiem Gwardia została podzielona na Czerwonych, Nowych i paru Srebrnych, których używa się jako broni. To, jak wszystko inne, działa w obie strony, a sojusznicy, którymi powinni być, nie są w stanie obdarzyć się zafaniem. Więc, jak odbić Mare, gdy wszystkim grozi niebezpieczeństwo? A co jeśli nie może tego zrobić nikt, prócz niej samej? Mare nienawidzi Mavena, jednak dzięki czasowi, jaki spędziła pod kluczem, zdaje sobie sprawę z tego, iż król może być jej jedyną szansą na przetrwanie, szczególnie teraz, gdy jest blisko Evangeline pragnącej jej śmierci.


Przez pierwsze pół książki, jak wspominałam, było niezbyt ciekawie. Trochę się wynudziłam, bo byłam przygotowana na coś wielkiego, natomiast tam jest zero akcji. Większość czasu uciszona Mare spędza w swojej ekskluzywnej komnacie. Tam ma czas na przemyślenia, zrozumienie swoich błędów, wszystkich, jakie popełniła, od kiedy zrozumiała, że nie jest zwykłą Czerwoną. Wspomina etapy, jakie przechodziła z Mare, przez Meerinę, aż po dziewczynę od błyskawic. Uświadamia sobie, co mogła zrobić lepiej, co po drodze straciła, a ile zyskała.

Na całe szczęście nie tylko Mare prowadzi narrację w tej części. W tym czasie oczami Cameron, Nowej o mocach takich, jakie posiada Cichy Kamień, możemy oglądać przygotowania Szkarłatnej Gwardii do uderzenia w króla. Myśli drugiej osoby w książce pozwalają nam na głębsze poznanie wydarzeń, które odbyły się po zakończeniu drugiego tomu i nie skupieniu wyłącznie na izolacji Mare i jej rutyny. Co nie zmienia faktu, że było nudno. Cameron jest takim samym zbuntowanym bachorem jak w "Szklanym Mieczu", jednak teraz jest gotowa stanąć do walki, aby uratować Czerwoną Królową, która poświęciła się za nią i wszystkich pozostałych, postanawiając zostać więźniem najgorszej kreatury, jaką znają. Niezmiennie Cameron przypomina o swoim bracie, który nadal przebywa w dziecięcym legionie Duszni. Choć nie zbiera się na to, by ktoś miał jej pomóc, dopóki Mare nie zostanie odbita, dziewczyna skupia się na tym, by go ratować.

Przez cały ten czas możemy głębiej obserwować obsesję Mavena oraz trochę lepiej poznawać jego wnętrze, które dość mocno się różni od tego, co próbuje pokazać swoją postawą. Król jakkolwiek silny, jest młody, a w tym wieku trudno trzymać się władzy. Podczas spędzonego z nim czasu, Mare jest w stanie dojrzeć okruchy tego, co widziała w nim na początku, gdy się poznali. Ale, czy to nie jest tylko maska, którą zakłada, gdy zamienia się w aktora, który chce zdobyć to, czego pragnie? Mare sama już nie wie, jedno jest pewne, nie każd, kto wydawał się wrogiem, na pewno nim jest, a ci którym najbardziej ufaliśmy, mogą nas zawieść. Czy Czerwona Królowa zdoła się wydostać, a jeśli tak to, pozostanie po tym tą samą osobą? To wszystko zobaczymy w tej części serii.
Czytając to, miałam wrażenie, że autorka próbowała zapchać treścią strony, by książka była grubsza od poprzedniej. Występowało mnóstwo zbędnych scen, niektóre myśli i wątki powtarzały się po kilka razy i nie wnosiły niczego nowego do historii. Było też jednak pare rzeczy, które oceniam zdecydowanie na plus. Victoria Aveyard nadal trzyma poziom i wszystko, co wykreowała wydawało się mieć sens, każdy szczegół wydawał się być elementem całej historii, który mimo że był przeszłością, mógł być bardzo przydatny w przyszłości.



W drugiej połowie książki wreszcie zaczyna się dziać. Przez pewien czas mamy nawet tak wartką akcję jak w poprzednich tomach, później ona nie przycicha, tylko zwalnia. Widzimy również ostateczne przygotowania Szkarłatnej Gwardii do obalenia wrogów. Srebrni zdają sobie sprawę, że ich siła może nie wystarczyć. Obie strony mają swoich zwolenników i każde walczy o bycie wyżej, aż w końcu nadchodzi chwila, na którą wszyscy czekali.



 Nie powiem, książka była niezła, ale nie może konkurować z poprzednimi tomami. Miałam wrażenie, że autorka pisząc, robiła jeden krok do przodu i dwa do tyłu. Szczegółowo opisywała najmniej ważne i nudne sceny, natomiast te, w których potrzebowaliśmy więcej, bo naprawdę wciągały, zostały napisane ogólnikowo, jakbyśmy sami mieli sobie wymyślić ciąg dalszy. Podczas lektury "Królewskiej Klatki" miałam mieszane uczucia. Uwielbiam serię "Czerwonej Królowej" i nie chciałam jej spisywać na straty, gdy zaczynając "trójkę", miałam ochotę wyrzucić ją przez okno, a zagłębiając się dalej, zasypiałam. Nudziła mi się i dłużyła nawet, kiedy się wreszcie rozkręciła. Zakończenie zostawia czytelnika z ogromnym znakiem zapytania, które niepodobnie, jak to było w przypadku drugiej części, gdy umysł krzyczy o ciąg dalszy, tylko łamie serce, bo dzieje się coś, czego nigdy byśmy się nie spodziewali. Po tym, jak autorka wznosi mury, które podobno mają nas ochraniać i dawać szczęście, burzy je, pozostawiając nas z niczym i to jest właśnie druzgocące.
Cieszy mnie, że Victoria potrafi płynnie przechodzić między wydarzeniami i kierować nasze emocje tak jak chce, jednak tutaj działało to tylko połowicznie. Myślę, że gdyby fabuła się niepotrzebnie nie dłużyła, możnaby spokojnie zamknąć losy Czerwonych i Srebrnych w tej części, ale zakończenie jasno daje nam do zrozumienia, iż to nie koniec. Wręcz przeciwnie, to nowy początek. Obawiam się, że kolejne książki mogą być tworzone tylko ze względów komercyjnych. Po "Królewskiej Klatce" naciągniętej do granic możliwości, aby można było coś jeszcze po niej wcisnąć, trudno domyślić się, czy kolejne nie byłyby takie same, ale nawet jeśli, to już teraz wiem, że sięgnęłabym po kolejną część. Muszę wiedzieć, jak zostanie rozwiązana ta sprawa i jak poukładają się wątki, które zostały w tej części mocno rozwinięte, choć w poprzednich tomach wydawały się tak odległe, by kiedykolwiek miałoby do nich dojść. W serii "Czerwona Królowa" jest coś takiego, co mimo tej małej, w porównaniu do tego, co dostaliśmy wcześniej, porażki, nie pozwoli nam odpuścic i odłożyć tej serii na zawsze. To tak z najlepszym przyjacielem - gdy pozna kogoś nowego, komu poświęci swój cały czas, i tak nie odrzucisz połączenia, gdy do Ciebie zadzwoni. Dlatego właśnie kupię i będę czekała na każdą kolejną książkę, a słyszałam plotki, że części ma być nawet 6! Szczerze mam jednak nadzieję, że ta wszystko skończy się w przyszłym tomie, ewentualnie pojawi się jeszcze piąty. Niewiadomo, na co wpadnie genialny umysł Victorii Aveyard, ani co wyjdzie spod jej złotego pióra.

Mimo wszystkich negatywów, które napisałam i to jedynie po to, by podkreślić, że podekscytowanie "Królewską Klatką", wywołane poprzednimi tomami, może okazać się zgubne, ogromnie ją polecam, bowiem każdy ma inny gust, komuś może akurat spodobać się dynamizm, który zobaczy w tej części. Książka nie jest źle napisana, wręcz przeciwnie! Styl autorki nie zawodzi, ale tym razem akurat liczne i długie opisy oraz monologi trochę mnie przytłoczyły. Poza tym ogromnie się cieszę, że postanowiłam kupić tę książkę i przeczytałam ją, gdy jeszcze trwało moje pozytywne nastawienie, bo kiedy ono wyparuje, czytanie może okazać się trochę trudniejsze. Tak, czy tak, jestem dumna, iż mam ją na swojej półce i mogę szczycić się skompletowaną serią, a za każdym razem, gdy myślę o tej książce, nie mam negatywnych myśli, nie czuję znużenia, tylko od razu nasuwa mi się na myśl zakończenie, które mimo, że nie wywołało moich łez, to poruszyło mnie do głębi i jeszcze długo nie mogłam się po nim zebrać. Serdecznie polecam, jeśli zastanawiacie się, czy warto, bądź boicie, że zepsuje wam radość z czytania, jaką mieliście przy "Czerwonej Królowej" czy "Szklanym Mieczu". Warto przedrzeć się przez zarośla, aby dotrzeć do celu!



CHŁOPAK Z SĄSIEDZTWA | Kasie West

CHŁOPAK Z SĄSIEDZTWA | Kasie West



Jako, że jestem w tyle z trzema recenzjami, postanowiłam przerwać na chwilę czytanie i zabrać się za pisanie. Piątą i ostatnią książką, którą udało mi się przeczytać w maju był "Chłopak z sąsiedztwa" - Kasie West, którą wygrałam dość dawno temu w konkursie na Fan Page'u Wydawnictwa Feeria. Niewiele mam do dodania, skoro ostatni post pojawił się przedwczoraj, chcę Wam więc tym razem przedstawić krótką recenzję tej książki.

Główną bohaterką, jak i narratorką całej opowieści jest Charlie Reynolds. Dziewczyna dorastała bez matki, za to ma ojca policjanta, trzech starszych braci oraz czwartego przybranego, który jest chłopakiem z sąsiedztwa. Jest typową chłopczycą, gra w kosza, nie dba jakoś specjalnie o to, by ubierać się zgodnie z modą i ma gdzieś miłosne zagwozdki. Gdy dostaje kolejny mandat za szybką jazdę, ojciec postanawia wyciągnąć konsekwencję. Charlie musi sama zapłacić mandat, a by to zrobić, musi znaleźć pracę... 
I tak trafia do butiku zjawiskowej i niecodziennej Lindy, a tam przechodzi pewną metamorfozę.


  Z początku, gdy przeczytałam opis i zobaczyłam słowa "butik" i "metamorfoza", od razu pomyślałam, że będzie to typowy scenariusz filmowy - chłopczyca przemienia się w piękną kobietę. Otóż nie! Charlie rzeczywiście się zmienia, ale zmiany dotyczą głównie jej psychiki. Z czasem zaczyna zauważać swoje atuty oraz to, jak świat zewnętrzny ją przyjmuje. Nikt, łącznie z jej braćmi, nie traktuje jej, jak należałoby traktować siostrę. Jest dla nich bardziej jak kolejny brat, a dla Bradena, chłopaka z sąsiedztwa, tylko przyjaciółką i to daje jej się we znaki. Jej codzienność to potyczki zarówno słowne, ale i cielesne ze swoimi braćmi. Wreszcie otwierają jej się oczy na sprawy, które wcześniej w ogóle ją nie obchodziły i nie chodzi tutaj o kosmetyki. Charlie musi radzić sobie z koszmarami, które nawiedzają ją nocą. Z tego powodu uprawia sport bardzo aktywnie, zmęczenie zapewnia jej silny sen. Jednak to nie są zwykłe koszmary, a zwiastuny pewnej tajemnicy rodzinnej, którą dziewczyna zepchnęła w głąb swojego umysłu, niegotowa by ją przyjąć. Podczas bezsennych nocy jej wsparciem jest Braden, z którym rozmawia przez płot w blasku księżyca. Pozwala jej to na otworzenie się i zrzucenie maski, jaką nosi za dnia. Jest tylko pewien problem. Charlie jest skrycie zakochana w swoim najlepszym przyjacielu i za nic w świecie nie może się do tego przyznać...


"Ponieważ to tutaj jest jak sen. Nie musi być prawdziwe. Wydaje się niemal, że unosimy się tuż za granicą świadomości, mogąc mówić wszystko, cokolwiek zechcemy, a rankiem, jak to bywa ze snami, ten stan się powoli rozwiewa.To tak, jakbyś ty spał teraz w swoim łóżku tam na górze, ja zaś w moim, a tę rozmowę toczyła nasza podświadomość."



Tytułowy "chłopak z sąsiedztwa" to postać, o której możnaby napisać charakterystykę. Braden to silny i troskliwy chłopak. Sam wychowywał się z rodziną Charlie, z którą spędził więcej czasu, niż z własną. To sprawia, że są ze sobą tak blisko. Chłopak jednak ma kłopoty w domu, które przekładają się na jego poczucie wartości, a Charlie jako "słaba płeć", o tyle, ile może nią być w jego oczach, pozwala mu czuć się potrzebnym. Jego postać skonstruowana została bez większego wysiłku, to miły chłopiec z poczuciem humoru. Bardzo zwyczajny jak na książkę Young Adults i to sprawia, że moja opinia o niej trochę się zmniejsza. Dla mnie był on tak samo szary jak Charlie. Idea, by stworzyć z niej dziewczynę, która nie pragnie być typową nastolatką wypadła niezbyt przekonująco. Przynajmniej dla mnie.


"(…) zakochanie się w kimś, kto wolał być twoim przyjacielem – należało nazwać torturą, bez dwóch zdań."




Bracia Charlie ratują tę książkę i są moim ulubionym elementem w niej, bowiem nie są tylko tłem w całej akcji, ale wciąż przewijają się między wątkami i jest to ogromny plus. Każdy z nich reprezentuje inną cechę: wrażliwość, siłę i poczucie humoru, a siostra jest ich mieszanką. Każdy z nich jednak ma kilka wspólnych cech: miłość i oddanie wobec rodziny, sport, flirtowanie z każdą napotkaną dziewczyną (choć jeden z nich przebija pod tym względem wszystkich, co rozbawiało mnie do łez) i wymyślanie kolejnych cech, których nie powinien mieć przyszły chłopak Charlie.


"- Hej, chłopaki - powiedziałam. - Nie róbcie z siebie idiotów. To Evan. Evan, ten z gniewną miną to Jerom, ten wyglądający, jakby cierpiał na zaparcie, to Nathan, a ten głupek po prawej to Gage.

Gage się roześmiał.- Jakbyś cierpiał na zaparcie, Nathan? Podobno mieliśmy wyglądać groźnie."





Jeśli szukacie czegoś wybitnego i odmieniającego poglądy na świat, to nie tędy droga. "Chłopak z sąsiedztwa" to lekka lektura, którą pochłania się szybko. Skupia się ona głównie na rodzinie, przyjaźni i miłości, czyli trzech głównych motywach książek obyczajowych. Nie powiem, miałam wobec niej ogromne oczekiwania, bowiem "Chłopak na zastępstwo", poprzednia książka tej autorki, którą czytałam, była dobra jak na młodzieżówkę, a kreacja bohaterów i wydarzenia, w które zostali wrzuceni również mnie zachwyciły, bo zostały świetnie dopasowane. Tutaj tego nie było, przynajmniej mnie one nie powaliły. Książka mnie nie rozczarowała, bo jak to Kasie jak to Kasie West, ma tylko dobre książki, a w dodatku wydana została przez jedno z moich ulubionych wydawnictw polskich, a mianowicie Feerię, co możecie sprawdzić w etykietach. Ich książki tak jak dwóch innych wydawnictw zawsze biorę w ciemno.

Uważam, że jako ekranizacja "Chłopak..." mógłby się okazać całkiem niezły, ale w książce, jak już wspomniałam, ta idea do mnie nie przemówiła. Mimo wszystko nie żałuję, że ją przeczytałam i, jeśli szukacie czegoś "odmóżdżającego" na weekend, to zdecydowanie powinniście po nią sięgnąć. To nie jest typowe romansidło, mimo że wątek miłosny się tutaj pojawia. To lektura na parę godzin, po których poczujecie się odświeżeni. Pośmiejecie się i zrzucicie kilka kalorii razem z bohaterami. Nie mamy tutaj wątków pouczających, moralizatorskich, nie musimy się doszukiwać morałów, bo niczego takiego tutaj nie ma. To miła historia, z którą możemy spędzić trochę czasu jak z ulubionym serialem.



Dzięki tej lekturze możemy stać się na chwilę chłopczycami, gdzie otoczą nas sami faceci, a my nie będziemy musiały przejmować się tym, czy dobrze wyglądamy. Zagramy w kosza, pobiegamy i nawet się nie zmęczymy. Obejrzymy mecz i będzie się zdawało, że znamy wszystkie zasady, a nawet jeśli nie, to wcale nie będzie nam przeszkadzało. Daj się pochłonąć Charlie Reynolds i razem z nią podążaj śladami, które pozwolą jej odkryć rodzinną tajemnicę, zrozumieć siebie i znaleźć miłość.







W "sesji", którą możecie zobaczyć poniżej pomógł mi mój siedmioletni brat, czytelnik już od najmłodszych lat! :D






ZŁY ROMEO | Leisa Rayven

ZŁY ROMEO | Leisa Rayven



W maju przeczytałam o dwie książki, więcej niż pojawiło się recenzji na blogu. Były to książki, co do których wahałam się z opinią. Codziennie przypominało mi się coś nowego lub w inny sposób postrzegałam daną sytuację. Moja ocena książek zmieniała się wraz z upływem czasu, bo uczucia do nich były mieszane. Jedną z nich jest 'Zły Romeo" autorstwa Leisy Rayven. Czytałam wiele negatywnych opinii na jej temat, ale sama się z nimi nie zgadzam. Książka bardzo mi się podobała i to była jedyna taka, w której nie denerwował mnie podział na przeszłość i teraźniejszość, co rozdział, więc opowiem Wam o niej z lepszej strony.

Historia dotyczy Cassie, dziewczyny z wielkimi ambicjami, która zawsze wytrwale dąży do celu, nieważne, czego on dotyczy (sami się z resztą przekonacie). Jej charakter jest trudny do opisania, bowiem Cassie zmienia się w zależności od otoczenia. Udaje kogoś, kogo inni chcieliby w niej widzieć tak, aby zdobyć przyjaciół w każdej grupie społecznej. To nie jest dla niej żadne wyzwanie, w końcu jest aktorką.

Podobnie do niej Ethan Holt posiadał wielki talent, trzeba go tylko było z niego wydobyć. Zamknięty na świat i innych ludzi, w końcu dostał się na studia, których jego ojciec nie pochwalał, a tam poznał ją...

 Przeszłość rozgrywa się w momencie, gdy oboje startują w castingu, z którego wychodzą zwycięsko z jednego powodu: rodzi się między nimi chemia, której nie sposób ukryć ani przeoczyć, co pomaga outsiderowi, jakim jest Ethan. Potem widzimy ich dalsze zmagania z nauką i rozumieniem aktorstwa, które wbrew pozorom silnie oddziałuje na życie osobiste. Tak samo tych dwoje próbuje walczyć ze swoją miłością. Cassie przyciąga Ethana, ale on ją odpycha, a po tym, jak dostają główne role w dramacie Szekspira, nie mogą już trzymać się od siebie z dala. Dla jednego z nich to wybawienie, a dla drugiego udręka.

Zagrali Romea i Julię, po czym Romeo złamał swojej wybrance serce. Kilka lat później, zostają obsadzeni w swoje stare role i spotykają się na Broadwayu. Wydaje się, że Ethan dojrzał i chce wszystko naprawić, ale zraniona Cassie nie pozwoli sobie znów podeptać serca. Żadne z nich nie przypomina siebie z przed lat.


Zacznijmy od tego, że autorka stworzyła zawiłych i nieco dziwnych bohaterów. Ethan trzyma się z dala od tłoków, a jednak jest porządany i choć nie chce miłości, to musi walczyć z pragnieniem do Cassie. Wciąż ją odrzuca, bo ciążą nad nim wspomnienia z przeszłości, które zmuszają go do złamania serca swojej Julii. Cassie z kolei jest jego przeciwieństwem. Otwarta i błyskotliwa, ale z nieco dziwną obsesją na punkcie seksu, co bywa śmieszne, biorąc pod uwagę to, że jak większość bohaterek w książkach tego typu, jest dziewicą. Wciąż ma brudne myśli, a jej głowa tak samo jak pamiętnik, są nimi wypełnione, co jednak nie przejmuje panowania nad książką. Cassie lgnie do Ethana jak mucha, więc chłopak wciąż musi ją odpędzać, co wydaje mu się w sumie nie przeszkadzać, a jego towarzystwo robi Cassie dobrze, bowiem dziewczyna nigdy nie ma własnego zdania, a wśród innych traci swoją osobowość. Wydaje się, że jej Romeo wyciąga jej ducha ukrytego gdzieś w głębi ciała.

Po tym, jak ich drogi się rozchodzą i wydaje się, że już na zawsze stracili kontakt i nigdy więcej nie będą musieli się sobą przejmować, okazuje się, że mają razem zagrać "Romeo i Julię", jak kiedyś i z tego powodu właśnie zostają zmuszeni do konfrontacji z przeszłością. Jak już wspomniałam, aktorstwo mocno przekłada się na życie osobiste. W ich przyszłości to życie i niezamknięte sprawy wpływają na ich grę. Choć minął długi czas, ich chemia nie wyparowała, co możemy zauważyć podczas prób, bo teatr, jak i cały jego zamysł widzimy tu od kulis. Jednak zdarzenia pomiędzy bohaterami z czasem zaczynają niszczyć szanse na powodzenie tego spektaklu i wtedy obydwoje zmuszeni są poznać siebie na nowo i zamknąć stare sprawy.

Zły Romeo równie dobrze mógłby być księciem z bajki, natomiast Julia... została złamana. Wydaje się, że przez to jest silniejsza i bardziej uparta, ale wciąż walczy z pociągiem do Ethana, który nigdy nie zniknął, ale teraz dziewczyna jest starsza i mądrzejsza, co możemy zauważyć, podczas naprzemiennej narracji. Powoli, co drugi rozdział widzimy, jak rozwija się historia i co sprawiło, że bohaterowie dziś stoją w tym miejscu, nie mogąc spojrzeć sobie w oczy.
Po starym Ethanie, który ukrywał swoją duszę, a także wybuchał w najmniej odpowiednich momentach prawie nie ma śladu, więc Cassie zawistnie próbuje zmusić go do porzucenia idealnej płachty, z zazdrości o to, że sama nie ruszyła do przodu wraz ze swoim życiem.
Możemy zauważyć w książce jeszcze pare ciekawych postaci, jednak moją ulubioną jest współlokator Cassie, Tristan, dwumetrowy Japończyk. To jeden z tych gości, którzy szukają na przyjaciół osoby płci żeńskiej, bo wiedzą, że to niemożliwe, iż się w nich zakochają. Do tego ma poczucie humoru, jest opiekuńczy, pomaga przejść Cassie najgorszy okres jej życia i chroni ją przed największym złem, oczyszczając czarami jej pokój ze "złej aury". Na pewno go polubicie!



"- Gotowa? - pyta szeptem.
- Czuję się cudownie - odpowiadam z absolutną pewnością.
Ze sceny dobiegają mnie odgłosy walki młodych Capulettich i Montecchich i wiem, że czas na jego pierwsze wejście. W jego oczach odbija się blask reflektorów.
- Ja też. Pokażmy im Romea i Julię, których nie zapomną."



"Zły Romeo" to opowieść, której jedyną narratorką jest Cassie, więc mam nadzieję, że w jej kontynuacji pojawi się też coś ze strony Holta. Wiele bym dała, żeby wejść do jego głowy, szczególnie tej nowej, racjonalnie myślącej, która i tak nie potrafi zrezygnować z Cassie, mimo że nie była jego pierwszą miłością. Leisa Rayven pokazuje nam w tej powieści całkiem nową wersję "Romea i Julii", w których Romeo jest silny i energiczny, Julia piękna i odważna, zamiast panienki, którą trzeba ratować z opresji, oraz Merkucjo pełen niespodziewanej wrażliwości, co wychodzi poza schemat typowy dla wystawiania tego spektaklu.
Na koniec książki dostajemy przysłowiowy policzek. Budzimy się z długiego snu, gdy docieramy do momentu, który ukazuje nam prawdę na temat okoliczności rozstania głównych bohaterów. Mnie samą przepełniała wtedy samotność i prawie czułam złamane serce bohaterki, po czym mamy nagły przeskok w nadzieję, która pojawia się na ostatnich kartkach, jakby chciała powiedzieć, że po burzy wyjdzie słońce. To jednak nie oznacza happy-endu, bo to nie koniec serii. Nie wiem, co było gorsze po przeczytaniu książki, świadomość, że się ją skończyło, czy że trzeba czekać na ciąg dalszy, aż do polskiej premiery.







"Zły Romeo" w moim odczuciu to piękna, miłosna opowieść o ambitnych nastolatkach, nietypowa, bo większość scen rozgrywa się w teatrze, podczas prób i nauki, więc przeważa w niej sztuka, ale nie brakuje humoru, jak i paru zaskoczeń, no i historia wychodzi poza typowy schemat młodzieżówek. Ta książka podbije Wasze serca, jeśli tylko pozwolicie jej się tam wślizgnąć. Wszystko to tylko pod warunkiem, że ją zrozumiecie, a nie potraktujecie jak typową młodzieżówkę. Bardzo gorąco ją polecam nie tylko nastolatkom, ale także trochę starszym czytelnikom i gwarantuję miło spędzony czas!





Copyright © 2014 Sun Reads , Blogger