wtorek, 20 czerwca 2017

The Call. Wezwanie - Peadar O'Guilin

Byłam bardzo ciekawa tej opowieści, bowiem doszły mnie słuchy, że przypomina "Igrzyska Śmierci", jak i inne, podobne fabułą książki. Uwielbiam takie klimaty. Teraz po przeczytaniu, mogę stwierdzić, że do tej jednej książki można porównać "The Call. Wezwanie", bowiem mają pewien wspólny wątek. Dzieci w swojej rzeczywistości szkolą się w sztuce przetrwania oraz walki, by móc wygrać wojnę, gdy przyjdzie czas ich Wezwania.



The Call. Wezwanie

Peadar O'Guilin

Za egzemplarz z całego serca dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona!


Nessa tak jak wszystkie inne dzieci musi przejść szkolenie, by móc przetrwać, gdy przyjdzie pora jej Wezwania do Szaroziemi, krainy dziwnych stworzeń, których do tej pory nie rozumiem. Wezwanie w jej świecie trwa zaledwie trzy minuty, ale w ich krainie to cały dzień. Po tym czasie wezwana osoba wraca do swojego świata, martwa albo żywa. Jeśli uda jej się przeżyć walkę z Sidhe, wiecznie młodymi, szczęśliwymi, ale łaknącymi zemsty za błędy ich przodków mieszkańcami, nigdy nie jest już taka sama. Zmienia się zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Sidhe są w stanie zmienić człowieka, bowiem posiadają niezwykłe zdolności. Także Nessę coś wyróżnia. Nie może chodzić, a to duże utrudnienie. Wszyscy z góry skazują ją na porażkę, jednak ona zdeterminowana jest przeżyć, "i nikt jej w tym nie przeszkodzi".

 Książka najbardziej ze wszystkich dzieci, skupia się na Nessie, jednak narrację prowadzi mnóstwo osób i ich oczami możemy zobaczyć, jak przechodzą przez Wezwanie, a także, jak toczy się ich codzienne życie w miejscu, w którym przyszło im się szkolić. Oni sami przeciwko nieśmiertelnym Sidhe, muszą walczyć, uciekać i utrzymać się przy życiu tak długo jak będzie trwało Wezwanie. 
Opis książki niewiele mówi o jej treści, co jest fajne, bo na czytelnika czeka mnóstwo niespodzianek. Nie byłam przygotowana na to, co przeczytałam i nie wiedziałam, gdzie szukać podobieństw do Igrzysk. Znalazłam ich dość dużo, np. znani nam "Karierowcy" zostali tutaj zastąpieni "Rycerzami", a przynajmniej tak się nazwali ci, którzy sądzą, że są najsilniejsi i wręcz czekają na swoje Wezwanie, zamiast bać się go tak jak inni. Nessa ze swoim porażeniem nóg może się równać Katniss z najbiedniejszego Dystryktu, obie mają niewiele do zaoferowania, jednak są silne i zdeterminowane, żadna z nich też nie zamierza się poddać na starcie.

W "The Call" widzimy straszliwą rzeczywistość, w której dzieci tracą życie w ramach zemsty. Sidhe dawno temu zostały wygnane z Krainy Barw do maleńkiego świata, w którym dziś żyją, w zamian przywołują nastolatków do Szaroziemi. Tam, bawiąc się z nimi w kotka i myszkę, umilają sobie czas. Byłam pozytywnie zaskoczona opisem tej dziwnej, a jakże pięknej krainy. Jest ona pełna magii, dziwnych stworzeń i rzeczy. Sama walka o przetrwanie ukazana przez autora nie przypominała mi niczego, co wcześniej czytałam. Sidhe były dla mnie jak małe, ale groźne elfy i miło się z nimi stykało, choć bohaterzy książki pewnie nie podzieliliby mojej opinii.


"Ale tam, gdzie żyjesz, pośród nieustannego piękna, każdy, kto docenia cierpienie, musi udawać coś dokładnie przeciwnego, nawet przed samym sobą."


Przy "The Call" oderwałam się od rzeczywistości, a świat wykreowany przez autora niespodziewanie mnie pochłonął. Nie spodziewałam się po niej niczego wielkiego, ale z każdą stroną wydawało mi się, że jest coraz lepiej, aż nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do końca. Podobali mi się również bohaterzy. Każdy z nich był inny i każdy miał swoje własne indywidualne podejście do Wezwania oraz inny tok myślenia, który pozwolił nam na poznanie sytuacji z różnych stron. Jedyne moje zastrzeżenie to styl pisania autora. Miałam wrażenie, że się nudził, pisząc niektóre sceny i szybko jej skracał. Opisy były niepełne, a w niektórych dialogach nie widziałam żadnego sensu, jednak ewidentnie widać było, że czeka na takie sceny jak walki oraz Wezwania. Bardzo dobrze sprawdzał się w scenach akcji i w chwilach, kiedy miałam okazję znaleźć się w Szaroziemi na własne trzy minuty, spędzałam je bez tchu, bo nawet nie zauważyłam, kiedy wstrzymałam oddech.
To fajna, lekka lektura, jednak nie nadaje się dla osoby, która na co dzień nie czyta fantastyki. Podobała mi się, ale raczej już do niej nie wrócę, a także nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Zakończenie książki pobudza ciekawość i mogłoby być wstępem do kolejnej części oraz walki z Sidhe o sprawiedliwość dla narodu, który musi przetrwać, jednak mam nadzieję, że autor nie będzie wydłużał serii, bo myślę, że to, co najważniejsze, zostało powiedziane w tej części. Zapraszam do przeczytania na długi weekend albo zerwania nocki!


Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na wyjątkową okładkę tej książki. Jest przepiękna i robi wrażenie! Została świetnie skonstruowana. Zobaczcie sami.






Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.