czwartek, 15 czerwca 2017

Co przyniesie wieczność | Jennifer L. Armentrout



W czerwcu bardzo podciągnęłam się z czytaniem i prowadzeniem bloga, bo nauczyłam się organizować sobie czas. Mam przeczytane już mnóstwo pozycji, pozostaje mi tylko napisanie ich recenzji. Jako że nie współpracuję z żadnym wydawnictwem, nie muszę się spieszyć z pisaniem, jednak jest we mnie dużo z perfekcjonistki i lubię mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Nie przekładam pisania recenzji w nieskończoność. Po części nie lubię niczego odkładać  i czekać, bo aż świerzbią mnie palce, żeby wykonać zaległą pracę (dokładnie jak wtedy, gdy ktoś niedokładnie zmaże tablicę w szkole, a ja mam ochotę domazać resztki kredy za niego), ale w szczególności motywują mnie do pracy wiadomości, które otrzymuję od czasu do czasu na instagramie od czytelników mojego bloga. Choć prowadzę go niedługo, to mam już parę stałych czytelników, którzy sprawdzają moje posty nawet wtedy, gdy są już po lekturze danej książki. Nie wszyscy wiedzą, że o nich właśnie piszę, ale widzę Was - Wasze komentarze oraz inne aktywności! To mi daje pozytywnego kopa.
Trochę gorzej natomiast z książkami, bowiem to drogi interes, na który wydaję mnóstwo pieniędzy, szczególnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Zakupiłam wszystkie zaległe nowości, aż zbankrutowałam, a tu nagle pojawiło się mnóstwo kolejnych świetnych premier... jak żyć?! W dodatku łatwo daję się złapać na promocję, bo jestem typową dziewczyną i musiałam kupić "Dziewczynę z zegarem zamiast serca" Petera Swansona, kiedy zauważyłam ją w zeszły piątek w Kauflandzie za zaledwie 10zł. Niby gatunek nie należał do moich ulubionych, ale opis zaintrygował mnie na tyle, iż postanowiłam, że muszę ją mieć! Niedługo pojawi się też ekranizacja. Trzeba jednak wspomnieć, że starałam się oszczędzać, ale chyba nie mam tak silnej woli, gdy w grę wchodzą książki. Wtedy wydaję wszystko, co mam! Czy ktoś ma podobnie?
Obecnie czytam "The Call. Wezwanie" podarowaną mi przez Czwartą Stronę i będzie to następna recenzja, a po niej zamierzam przeczytać "Twoim Śladem", która już czeka sobie na półce, bo po bookstagramach krążą informacje o tym, iż Wydawnictwo YA! szykuje premierę kontynuacji.
Natomiast dzisiaj mam dla Was moją opinię na temat książki "Co przyniesie wieczność".

Co przyniesie wieczność

Jennifer L. Armentrout

Wydawnictwo Filia




Jest to lekka pozycja dla młodzieży, która porusza trudny temat, z którym mierzą się główni bohaterowie. Książka przedstawia skutki dramatu, który wydarzył się w przeszłości, a teraz ma władzę nad życiem osób, które - nie z wyboru - wzięły w nim udział.

Mallory Dodge "Myszce" cisza służyła za broń, która mogła ją ocalić. Dźwięk to coś złego. Tego nauczyła się w dzieciństwie. 
Cztery lata później najgorsze przeminęło, ale nie cisza. Strach przejmuje kontrolę nad jej życiem, a to, co było jej ochroną, staje się uciążliwym balastem, którego nie może się pozbyć. Po latach indywidualnego nauczania dziewczyna stawia sobie nowy cel. Musi zmierzyć się z ostatnią klasą w publicznej szkole średniej.
Już pierwszego dnia wpada ma Ridera Starka, którego nie widziała od pamiętnej nocy, kiedy raz na zawsze wyrwała się z piekła. Był jej najlepszym przyjacielem i opiekunem, jedynym dobrym wspomnieniem z jej bolesnej przeszłości. Z początku wydaje się, że Rider wkroczył w przyszłość bez szwanku, ale Mallory uświadamia sobie, że chłopak ma swój własny wymiar cierpienia. Teraz musi odważyć się, by ujawnić prawdę i zacząć walczyć o kogoś, kogo kocha.
Pytanie tylko, czy jej się uda.

"Wieczność była czymś, co braliśmy za pewnik, ale problem z nią był taki, że tak naprawdę nie istniała."

Z samego streszczenia możemy wywnioskować,  że bohaterowie będą zmagali się z demonami przeszłości, a każdy z nich poniesie inne jej konsekwencje. Mallory jest cicha i bojaźliwa. Jest tą bohaterką o słabszej psychice, którą trzeba się opiekować i której niezbędna jest pomoc. Przez całą książkę obserwujemy jej wewnętrzną walkę między tym, co robi, a co chce zrobić, a w czym paraliżuje ją strach. Uraz z przeszłości sprawia, że każdy krok w przód jest dla niej ciężki do zdobycia, a staje się jeszcze trudniejszy, gdy otwierając drzwi do nowej poukładanej przyszłości, los stawia jej na drodze ważny element przeszłości. Musi skonfrontować się z demonami, bowiem okazuje się, że nie wszystkie sprawy zostały zamknięte.

Mallory jest jedyną narratorką w książce, więc bliżej poznajemy jej uczucia i myśli. Łatwo było mi ją zrozumieć, bo sama jestem osobą nieśmiałą, więc poczułam z nią pewnego rodzaju więź. Mimo wszystko, z czasem jej rozterki stawały się denerwujące. Jej postępy ciągnęły się w nieskończoność przez ponad pół książki, tak samo z resztą wątek miłosny. Praca nad sobą szła jej mozolnie, ale nie możemy jej za to winić, biorąc pod uwagę to, co przeżyła. Niektóre próby jej "odwagi" wydawały mi się niezbyt przekonujące, a nawet naciągane. Myszce trudno jest dodać słowo od siebie podczas śniadania, za to dość łatwo potrafiła się buntować. Nie można jednak nie wspomnieć o tym, że pomimo wszelkich słabości, Mallory cierpliwie dążyła do celu, miała wielkie serce oraz siłę, która drzemała bardzo głęboko wewnątrz niej, czekając tylko, by ją budzić.

Trochę trudniej było mi rozszyfrować Ridera. Widzimy go oczami Mallory, dla której jest rycerzem obrońcom, który jest samowystarczalny i ma zwyczaj przejmowania się wszystkimi, tylko nie sobą. Gdy spotykają się po latach, okazuje się być troszkę inny niż wnioskowaliśmy z jej wspomnień. Nie jest "bad boyem", ale bohaterka trochę próbowała go na takiego wykreować. Olewa szkołę i kompletnie nie stara się na tym polu, pozwalając, aby nauczyciele oraz otoczenie uważało go za kogoś, kim nie jest. Kogoś, kogo nie stać na wiele, a jest wręcz przeciwnie. Rider ma artystyczną duszę. Jest wrażliwy i opiekuńczy, szczególnie wobec Mallory. 
Gdy dziewczyna znów pojawia się w jego życiu, jest gotów poświęcić wszystko, żeby mieć ją blisko i nie pozwolić więcej odejść. Od kiedy zostali rozdzieleni, targały nim wyrzuty sumienia i strach, co będzie, jeśli Myszka trafi do jeszcze gorszej rodziny niż ta, w której przebywali. To nie przeminęło nawet wtedy, gdy stało się jasne, że jego przyjaciółce nic już nie grozi. Rider jednak codziennie walczy z własnym wymiarem samotności, zagubienia i poczucia bezsensu, na które wpływ ma przeszłość.

Wszyscy są przeciwko Riderowi, mówiąc, że nie jest odpowiednim towarzystwem dla Mallory, ale ona nie zamierza się poddać i pozwolić od niego oddzielić. Już nie.



"Zostaliśmy rozdzieleni.
Ale tak naprawdę nigdy o sobie nie zapomnieliśmy."

Mam wrażenie, że autorka nie do końca podołała tematowi, jaki wybrała. Poruszyła bardzo cienką granicę i po niej stąpała. Mogliśmy zobaczyć wspomnienia z przeszłości Mallory, w których był i Rider. Rider, który czytał jej bajki, gdy się bała, znajdował bezpieczne schronienie, kiedy było niebezpiecznie, przyjmował na siebie całe zło i mówił "tylko się nie odzywaj". To pomogło jej przetrwać. Przez cztery lata rozłąki wiele się mogło zdarzyć, a raczej powinno. Mallory miała specjalistyczną pomoc, która miała jej pomóc ruszyć do przodu, a tymczasem widzimy tę samą dziewczynkę, co we wspomnieniach, która chowa się po kątach. Rider nadal jej broni, choć nadal jest bezsilny, bo pławi się w swojej beznadziejności, a choć Myszka to widzi, nic nie robi. I to chyba najbardziej mnie denerwowało, bo choć jasno mieliśmy pokazane, że coś nie gra, to jedyne starania z jej strony pojawiały się w formie pytania "na pewno wszystko dobrze?", jakby nie widziała, że nie. Nawet nie starała się dociec prawdy. Wszystko kręciło się głównie wokół jej uczuć, ale to nie rzuca się tak w oczy, jeśli poświęcamy swoją uwagę także innym bohaterom. Rider wydawał się o wiele bardziej autentyczny, jednak dziwnie niczym nie poruszony. 
Jak wspominałam, autorka chyba nie do końca wiedziała, jak pociągnąć temat, żeby książka rzeczywiście mówiła o dwóch skrzywdzonych duszach, które się ze sobą splatają. "Co przyniesie wieczność" to mieszanka paru innych książek Young Adults, które na pewno już znacie. Także wątek miłosny jest tutaj słabo przedstawiony i musimy na niego czekać całą książkę, ale to w sumie budzi ciekawość w czytelniku i jest lepsze niż błyskawiczna miłość.

Podobali mi się bohaterzy drugoplanowi, którzy nadawali książce kolorów oraz motyw rodziny. Styl pisania autorki jest lekki i miły. Lekturę pochłania się szybko i z ciekawością. Nie ma tu niewiadomo jakiej akcji, ale nie jest też nudno. Co prawda książka mogłaby równie dobrze być o połowę krótsza, ale dodatkowe strony to dodatkowy czas w doborowym towarzystwie i jeszcze więcej czasu na zastanawianiu się, o co chodzi z niektórymi bohaterami, których nie potrafiłam rozgryźć. Zauważyłam, że wiele tajemniczych wątków, choć dostało rozwiązanie, nie zostało wytłumaczonych, więc mam wrażenie, że od nadmiaru stron, w którymś momencie autorka się pogubiła, nie wytłumaczyła go czytelnikowi jak trzeba albo nie miała konkretnego pomysłu. Fabuła nie jest jakoś bardzo przewidywalna, chociaż podczas czytania nie zastanawiałam się do przodu nad tym, co będzie, dałam się nawet kilka razy zaskoczyć, a raz zszokować, bo przyzwyczaiłam się do łagodności bohaterów.

Poruszone są także takie wątki jak selekcja między bogatymi i biedniejszymi, zaufanie, pomoc dla innych.




"Co przyniesie wieczność" to napisana lekko historia dwóch ludzi, których los połączył na wieczność, która nie istnieje. Jest w niej dużo ciepła, poczucia humoru, ale także bólu i niezrozumienia. Pokazuje, jak nieidealne jest życie, ale jeśli mamy kogoś, kto chce nam pomóc przez nie przejść, możemy dać sobie radę. Jeśli lubicie historie o miłości, przyjaźni i życiu to książka dla Was. Także dla wszystkich czytelników Colleen Hoover, JA Redmerski czy Jamie McGuire albo po prostu dla tych, którzy chcą spędzić miło czas. Mam parę śmiesznych wspomnień z tą książką, bo wiele dialogów w niej mnie po prostu rozrywało ze śmiechu, co z perspektywy czasu, gdy myślę o wszystkim, co wydarzyło się w książce, wprawia mnie w melancholijny nastrój. Bardzo polecam na wieczór lub weekend!
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.