Anna Todd - "NOTHING MORE" i nic więcej... poza moim upodobaniem do seriali.

Anna Todd - "NOTHING MORE" i nic więcej... poza moim upodobaniem do seriali.



Maj, jak wciąż wspominam, jest moim ulubieńcem spośród innych miesięcy i jest dla mnie szczęśliwszy pod względem czytelniczym w tym roku, jak i właściwie każdym innym. Przeczytałam w maju, jak na razie trzy książki, za kolejną właśnie się zabieram. Wciąż odkładam "The Call. Wezwanie", którą otrzymałam od Wydawnictwa Poznańskiego, bo mam straszne tyły, ale ta jest następna w kolejce, koniec przekładania. Również w dwa dni obejrzałam cały sezon popularnego ostatnio serialu "13 Powodów", który jest ekranizacją książki "13 Reasons Why" - Jay'a Asher'a. Te ciągłe zachwyty sprawiły, że i ja postanowiłam zapoznać się z historią Hannah i wcale nie żałuję. Serial nie jest jakiś niesamowity, ale wciąga i jest w nim coś, co karze włączyć następny odcinek, a poza tym porusza ważne tematy, których ludzie się boją i również to jest w nim pokazane. Właściwie seriale, które oglądam staram się wybierać rozsądnie, biorąc pod uwagę wszystkie "za" i "przeciw". Czy niesie jakieś przesłanie? Czy zapewni mi odpowiednią rozrywkę? Warto obejrzeć/inni polecają, czy może znudzi mi się zbyt szybko i będę zmuszona go porzucić, czego nie lubię robić, ale nigdy nie zmuszam się do oglądania dla świętego spokoju. Tę zasadę stosuję tylko na książkach.

Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić moimi wrażeniami o mieszanymi emocjami, które wywołała we mnie najnowsza powieść Anny Todd. Jej seria After opowiadająca o losach Tessy i Hardina wciągnęła mnie od pierwszych stron i czytałam ją w całości aż dwa razy. "Nothing More" z kolei jest historią znanego nam już dobrze Landona i jego życia w Nowym Jorku. 

Akcja rozgrywa się w jednym z momentów opisanych w czwartym tomie "After - Bez Siebie Nie Przetrwamy", gdzie prócz Landona, do NYC wyjeżdża także Tessa i tych dwoje najlepszych przyjaciół zamieszkuje pod jednym dachem w najtrudniejszym okresie swojego życia. Tessa zrozpaczona zerwaniem z Hardinem codziennie dotrzymuje towarzystwa niemniej samotnemu Landonowi, który właśnie rozstał się z Dakotą. Dziewczyna nagle z dnia na dzień oświadczyła mu, że to koniec ich związku. Chłopak więc stara się dawać byłej dziewczynie przestrzeń i nie oszaleć z tęsknoty, gdy coraz bardziej się od siebie oddalają. Trudno mu patrzeć na jej nowe życie bez niego. Choć to dla niej przeprowadził się do NY, ona go porzuciła, szukając wolności, a on nie zamierza być jej bagażem. Nie spodziewa się jednak, że odwiedzająca ich czasem przyjaciółka Tessy, Nora, cukierniczka, którą mieliśmy okazję poznać w After jako Sophię, sąsiadkę mamy Landona, zawróci mu w głowie. Bystra, śmiała i niezbyt subtelna. Szybko połącza ich wcześniej nieznana Landonowi namiętność, akurat wtedy, gdy Dakota próbuje odnowić ich relacje. Chłopak znajduje się w kłopotliwym położeniu między pierwszą miłością, a bombą zegarową, która daje mu kompletnie nowy wgląd na świat. Tkwi między młotem a kowadłem nie tylko w tej sprawie. Hardin zapowiada swoją wizytę w NY i choć Landon nie chce zranić uczuć Tessy, której serce pęka na sam dźwięk imienia byłego chłopaka, to zależy mu również na poprawieniu relacji z przyrodnim bratem. Z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia i wcześniej, czy później ktoś zostanie zraniony...

Do książki podeszłam bardzo entuzjastycznie. Nie mogłam się doczekać tego, co przygotowała dla czytelników Anna Todd i choć wahałam się przed kupnem książki, ciekawość zwyciężyła. Szczerze mówiąc, nic bym nie straciła, gdybym jej nie przeczytała, a wręcz oszczędziłabym sobie czasu, ale tęskniłam za Hessą i liczyłam, że ujawnią się nowe wątki, które nie zostały rozwinięte w czwartej części serii. Myliłam się. Przed premierą wiele naczytałam się o tym, że Tessy i Hardina nie zabraknie, ale to również była nieprawda. Nie uważam, by wielkim spojlerem było zdradzenie, że Hardin pojawia się w zaledwie dwóch rozmowach telefonicznych z Landonem, które nie mają więcej niż pięć myślników i mówią właściwie o niczym. Jeśli chodzi o Tessę, jest współlokatorką Landona, więc naturalne jest, że przewija się w powieści dość często, a właściwie jest to jedna z bohaterek, które pojawiają się najczęściej, bowiem życie Landona w NY kręci się wokół domu, pracy i użalania się nad sobą. I tęsknienia za mamą, co wcale mu nie przeszkadza, bo lubi swoje nudne życie. Tessę widzimy tutaj jako zniszczoną psychicznie dziewczynę w depresji, co z każdą kolejną stroną zaczyna się robić coraz bardziej irytujące. Autorka odebrała Tessie wszystkie cechy, za które można było polubić ją w After, za to próbowała nadać charakteru Landonowi, robiąc z niego ukrytego sobowtóra Hardina. To chyba najgorsze, bo pokochaliśmy Landona jako łagodnego, dobrego przyjaciela, który zawsze daje coś od siebie, nawet jeśli już nic nie ma.

Przez większość lektury miałam wrażenie, że autorce brakowało pomysłu na akcje i wciskała przypadkowe wątki, zmieniała postacie i wszystko, jak leci byle wypełnić czymś przestrzeń i chyba także pogubiła się we własnej opowieści. Jedną z rzeczy, które mnie mocno zdziwiły był wygląd Dakoty przedstawiony odwrotnie, niż to było w After. Poza tym była dziewczyna Landona okazuje się być rozpieszczoną, wrzeszczącą z byle powodu dziewczynką, której ktoś odebrał zabawkę, a przynajmniej tak się zachowuje, gdy okazuje się, że Landon nareszcie układa sobie życie bez niej. Bliżej przyglądamy się też przeszłości Dakoty i sposobu, w jaki się poznali. Okazuje się, że dziewczyna nosi w sobie mnóstwo bólu i doświadczyła traumatycznych wydarzeń, co sprawia, że jej zachowanie jest tym bardziej nietaktowne.

Drugie zauroczenie Landona, czyli Nora Sophia to nachalna sex-bomba, która w otwarty sposób mówi, czego chce, a jej zachowanie, z każdym kolejnym spotkaniem, wydaje mi się dziwniejsze. Nie potrafię jej przejrzeć i trudno zrozumieć, kim jest i, o co jej chodzi. A może problem polega na sposobie odbierania jej przez Landona, który jest narratorem i w jej towarzystwie zawsze czuje się zdezorientowany i zdominowany. Choć dziewczyna wypełnia 9/10 książki to nic o niej tak naprawdę nie wiemy. Za każdym razem pojawia się w jego domu, by upiec ciasto wraz z Tessą, a pod jej nieobecność, rozpala w Landonie ogień, którego nie potrafi opanować. Mimowolnie nie potrafię przestać porównywać sytuacji Landon-Nora-Dakota do Tessa-Hardin-Noah.

"Całowanie się z nią przypomina dotykanie gorącego wosku. Nagły ogień zaskoczenia szczypie, ale oparzenie szybko przechodzi w swoje przeciwieństwo, przekształcając się w coś zupełnie innego, bardziej miękkiego."

Większość książki to zbędne monologi Landona, który pławi się w smutku i zanika w otchłani swojego umysłu. Miałam wrażenie, że autorka napisała wiele z tych rozdziałów "na kolanie", choć może nie powinnam tego stwierdzać skoro większość książki tylko przeleciałam wzrokiem, szukając ciekawszych fragmentów. Brakowało mi wielu elementów układanki. Na zadawane pytania nie odnajdywałam odpowiedzi. Mnóstwo zbędnych wątków pojawiało się w najmniej odpowiednich momentach. W porównaniu do poprzednich książek, ta była nudna i nie potrafiłam się w nią wczuć, choć miała też pewne plusy. Styl pisania autorki mnie nie zawiódł, ratując tę książkę. Być może moje odczucia biorą się stąd, że przywykłam do ciągłej akcji, jaka była w After i chemii między bohaterami, która nie dawała czytelnikowi spokoju, natomiast Landon jest bardzo spokojną postacią, a może autorce wyczerpał się długopis. Sama w podziękowaniach napisała, że podczas pisania NM nie bawiła się tak świetnie jak przy poprzednich, a ja podzielam jej opinię. Nie lubię pisać negatywnych opinii, więc dodam, że playlista Landona była świetna!




Książkę oceniam pół na pół i raczej nie sięgnę po kontynuację, ale to nie znaczy, że jej nie polecam tym, którzy mają już za sobą serię After. Po prostu Landon nie jest dla mnie.

" Zawarliśmy pakt. Nie złam go - ostrzega. 


- A co jeśli to zrobię? - pytam. 



- Zniknę..."
Mia Sheridan - Bez Szans czy może wręcz przeciwnie?

Mia Sheridan - Bez Szans czy może wręcz przeciwnie?



Staram się dotrzymać słowa i spędzać od teraz czas aktywnie, zarówno w życiu, jak i na blogu. Jak na razie mi się udaje; jak widać na zdjęciu, zaprojektowałam ścianę, którą planowałam od kwietnia, a także powoli zmieniam charakter zdjęć. Rezultaty niebawem na instagramie, to tam jestem najaktywniejsza i tam właśnie wystartowało rozdanie trwające tylko do 10 maja, w którym możecie ode mnie dostać wybraną książkę.
To nie koniec rzeczy, które mi się udały. Mam coraz więcej "anonimowych" czytelników, dostaje mnóstwo przemiłych wiadomości na instagramie lub wattpadzie, a także udało mi się nawiązać współpracę z, jak na razie, jednym wydawnictwem. To dla mnie coś cudownego i mam nadzieję wiązać z podobnymi "rzeczami" przyszłość, bowiem dla mnie czytanie, pisanie, redagowanie i wszystkie sprawy wydawnicze zawsze pozostaną przyjemnością, nigdy pracą, a przecież najważniejsze to robić, to co się kocha, mieć na siebie pomysł i dążyć do celu, czyż nie?

Dziś przychodzę do Was z recenzją - trochę krótszą - jednej z książek Mii Sheridan, którą miałam okazję ostatnio przeczytać, czyli "Bez Szans". Już nawet nie pamiętam, od jak dawna odkładałam jej czytanie na później, czego nie żałuję, bo myślę, że musiałam pozamykać serie, które czytałam i poznać historie, które w mojej głowie były priorytetowe, by móc przygotowana, ze spokojnym sercem podejść do lektury. Moje pierwsze spotkanie z tą autorką odbyło się podczas odwyku kawowego (od 2017 piję czekoladę) z książką "Bez Słów", którą pokochałam. Zawładnęła moim sercem, co sprawiło, że miałam ogromne oczekiwania wobec "Bez Szans", a tak naprawdę z początku historia mnie nie wciągnęła (nie była też zła!), przekładałam kartki, czekając na to, co stanie się dalej... i się stało. Po zakończeniu czytania pomyślałam "WOW", ale dopiero po tym, jak trochę odetchnęłam, bo bardzo się wzruszyłam. To pierwsza książka, która dosłownie, a nie metaforycznie złamała mi serce.


"Nawet tam, gdzie nie ma nadziei

jest miejsce dla miłości ."

Historia opowiada losy Kyland'a i Tenleigh, nastolatków mieszkających w bardzo biednym, górniczym miasteczku. Oboje bratają się z głodem, chłodem, starymi ubraniami i brakiem pieniędzy. Oboje też mają taki sam cel - wyjechać z miasta i swoje nędznego życia. W tym może im pomóc tylko stypendium za najlepsze wyniki w szkole, ale taka nagroda przyznana może zostać tylko jednej osobie...

Kyland zmaga się z samotnością, ale to jego najmniejszy problem w porównaniu z walką, jaką musi stoczyć z biedą. Robi wszystko, co może by jakoś się trzymać, a pomóc mu w tym może tylko dystans do ludzi, którzy mają w życiu tak źle - czy gorzej - jak on. Nie chce miłości, bo nie zamierza oglądać się za siebie, gdy uda mu się wyrwać z piekła, w jakim musiał dorastać, a w którym się się teraz znajduje. Miasteczko niesie ze sobą same bolesne wspomnienia...

Tenleigh codziennie walczy o godność i rodzinę. Zmaga się z uciążliwą chorobą matki, na której leki musi wydać każde pieniądze, jakie jej i jej siostrze uda się zdobyć. Musi się mierzyć się z zapatrzonymi w sobie ludźmi, by przetrwać. Jedną z rzeczy, które Ten najbardziej się obawia to złamane serce...

Los sprawia, że ta dwójka zakochuje się w sobie w najmniej odpowiednim momencie, co wpływa na całą ich przyszłość. Kyland i Ten odnajdują w sobie wsparcie i zapomnienie, ale im bliżej poznania wyników, tym bardziej napięta staje się atmosfera. Ktoś zostanie, a ktoś odjedzie, aby móc żyć lepiej. Czy ich miłość jest w stanie to przetrwać? Czy będą w stanie spojrzeć sobie w oczy, gdy po latach spotkają się ponownie?

"Któregoś dnia, kiedy spełnię swoje marzenia, pomyślę o tych wszystkich rzeczach, które złamały mi serce i będę za nie wdzięczny."

Mia Sheridan znana jest z tego, że swoje książki pisze na podstawie mitów i znaków zodiaku. Bez Szans zainspirowała bykiem. To smutna i surowa historia, nigdy się z niczym takim nie spotkałam, przez co aż do końca lektury nie potrafiłam zrozumieć, jakie uczucia mną targają.


Bieda. Opowieść o ludziach zamieszkujących tę część Apallachów pełna jest ściskającej serce biedy, którą mamy na głównym planie. Cokolwiek bohaterzy zrobili, jakąkolwiek decyzję podjęli, zawsze w pierwszej kolejności brali pod uwagę biedę. Wszyscy rywalizowali o ochłapy - choć moim zdaniem zasługiwali na więcej, bo wiedzieli, czym jest ciężka praca - o marzenia i miłość, a to wręcz łamało serce.

...

Między rozpaczą a nadzieją. 

Między bólem a ekstazą. 
Między smutkiem a radością. 
Między zgubą a zbawieniem.
...


Najciekawsze były relacje Ten z Kylandem, bo od początku były skomplikowane, a skoro ich poziom życia był równy, jedynym sposobem na wyrwanie się z surowej rzeczywistości dla obojga był taki sam. Sukces jednego oznaczał porażkę drugiego, co było rysą dla ich miłości.


"- Niech cię piekło pochłonie. 

- Pochłania. Każdego dnia. Dla Ciebie."

Autorka miała ciekawy pomysł na tę książkę, ale dla mnie to raczej było jak dwa pomysły złączone w jedną całość. "Przez zdobyciem stypendium i "po", niezależnie jednak, czy zostałoby to napisane tak jak jest, czy w odwrotnej kolejności albo nawet z podzielonymi rozdziałami na przeszłość-przyszłość-przeszłość-przyszłość, wszystko wydawałoby się takie same - w pozytywnym sensie. Bohaterka z początku trochę mnie irytowała. Robiła rzeczy, których nie przemyślała, czasami jej zachowania były dziwne lub żałosne, ale to były tylko przejawy, pojedyncze wyskoki, które z czasem się unormowały. Czasami miałam też wrażenie, że wycięto ją z książki, w której była "raczej ważna", ale posiadała cechy, które temu przeczyły; była lojalna, sprawiedliwa, czuła i opiekuńcza. Kyland natomiast bardzo pasował do tej opowieści. Skrzywdzony przez życie, chwytający się każdej możliwej szansy na ratunek, ale nie w sposób zdesperowany. Wyraźnie tracił nadzieję, którą zwróciła mu Tenleigh, a on był na tyle silny by z powrotem ją przyjąć. Nie poddawał się i nie pozwalał sobie na słabość, przez całe życie właściwie przyjmował na siebie największy trud. Surowy i konsekwentny - jak sama książka.


Choć zapewne w zamyśle autorki nie było myśli o stworzeniu książki głównie o poświęceniu, ale o innych wartościach, to ja ją tak odebrałam. Poświęcenie to coś, co najbardziej rzuciło mi się tutaj w oczy i co najmocniej wpłynęło na moje emocje. W którymś momencie historia robi wielki zawrót i piękna sielanka zamienia się w piekło w taki sposób, na jaki nie jesteśmy w stanie się przygotować. Tamten moment złamał mi serce, zmusił do gniewu, rozpaczy i płaczu - jeśli już do niego dotrzecie, na pewno będziecie wiedzieć, że o niego mi chodziło. 

Często recenzenci piszą, że książka złamała im serce bla, bla, bla, ale nie jestem pewna, czy to prawda. Do tej pory wydawało mi się, że już to przeżyłam, bo nie raz płakałam podczas czytania, ale tylko przy tej naprawdę poczułam się tak, jakbym sama w niej była i to przeżyła, wszystko wydawało się takie autentyczne, że bałam się, czy do końca zostaną mi jakieś skrawki serca. Na szczęście tak! Nie każdy otrzymał szczęśliwe zakończenie, ale sądzę, że każdemu z nich w jakimś stopniu odwdzięczyła się karma.

Tak na koniec dodam, że "Bez Szans", jak już pewnie zdążyliście się domyślić, to bardzo głęboka, wzruszająca książka, opowiadająca o rzeczywistości z najgorszej możliwej strony, zmuszająca do popełniania błędów świadomych i nie. Nie jest to książka 10/10, bo nie jest idealna, wiele rzeczy bym wykreśliła, ale to, jakie emocje towarzyszą czytelnikowi podczas jej poznawania są szczere i trafiają w najwrażliwsze struny człowieka. Czyta się ją szybko... nie, poprawka, pochłania się ją, a język jest wygodny i nie możemy się od niej oderwać.

"Żadna z tych rzeczy nie była wielka. Większość należała do tych najprostszych. Ale w tej chwili wiedziałem, że rozmiar domu, samochodu, portfela nie ma absolutnie nic wspólnego z rozmiarem życia."














Premiery majowe w dużym skrócie i Wszystkie Jasne Miejsca - Jennifer Niven.

Premiery majowe w dużym skrócie i Wszystkie Jasne Miejsca - Jennifer Niven.


Kwiecień upłynął mi bardzo szybko i z brakiem weny czytelniczej, sam ten post miał pojawić się wczoraj, ale jak widać z przyjściem maja, powróciła też wena. Pamiętam, że obiecałam sobie, iż w tym miesiącu pobudzę bloga do życia (wróćcie kiedyś, żeby sprawdzić, czy mi się udało :D). 

W pierwszym tygodniu kwietnia przeczytałam aż trzy książki, a więc dobrze zaczęłam, za to później już nic mi się nie chciało i straciłam zapał. Wymęczyłam jakoś Nerve i napisałam recenzję, którą możecie zobaczyć w poprzednim poście. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak krótkie i słabe one były. Nawet się nie przyłożyłam. Od teraz obiecuję poprawę!

Zbliża się maj, mój ulubiony miesiąc w roku; po pierwsze - to miesiąc moich urodzin - kto by się nie cieszył na moim miejscu? Po drugie - w maju zawsze wychodzi mnóstwo świetnych książek. W tym roku pod tym względem będzie jeszcze lepiej. Już na samym początku pragnę wspomnieć o Confess mojej ulubionej autorki Colleen Hoover, której wszystkie książki przetłumaczone na język polski posiadłam tego samego dnia, którego pojawiły się w księgarni. Miałam już także przyjemność przeczytać e-book Confess w nieoficjalnym tłumaczeniu ponad rok temu. Z moim angielskim jest raczej zbyt słabo jak na czytanie książek w oryginale... W każdym razie byłam nią oczarowana i od razu wskoczyła na listy moich ulubionych książek, także tych spośród innych pozycji CoHo. Na pewno napiszę o niej niedługo recenzję!

Także w dniu moich urodzin, czyli 24 maja oficjalnie w księgarniach pojawi się Królewska Klatka - 3 tom serii Czerwona Królowa  od świetnej Victorii Aveyard. Dwa poprzednie tomy zdobyły moje serca, choć nie było się bez momentów, w których miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno, uderzyć głową głównej bohaterki w ścianę lub przewinąć kilka kartek dalej, żeby się dowiedzieć, jak zakończy się dana akcja. To mnie przyprawiało o palpitacje serca, dlatego muszę przeczytać kolejny tom, lubię silne emocje, podczas czytania.

To tylko początek długaśnej listy książek, które chcę przeczytać i mają swoją premierę w maju. Inne tytuły możecie znaleźć na stronach wydawnictw, albo wchodząc na mój Instagram i pisząc do mnie wiadomość, chętnie pomogę.

Dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję "Wszystkich Jasnych Miejsc", książki, o której bardzo dużo się słyszy albo nie słyszy się wcale. Autorką jest Jennifer Niven, której historia życia jest bardzo... ciekawa? Warto ją przeczytać, by zrozumieć w pełni książkę.


Violet Markey jest popularna i lubiana - może brzmi stereotypowo, ale uwierzcie - wcale tak nie będzie. Dni są dla niej wypełniaczami czasu. Codziennie zaciska zęby i odkreśla jeden dzień w kalendarzu. O jeden dzień bliżej do zakończenia szkoły i ucieczki z małego miasteczka, w którym mieszka. Żyje tylko dla przyszłości, która może okazać się lepsza od przeszłości. Dziewczyna nie może pogodzić się ze śmiercią siostry i rozpamiętuje wydarzenia z wypadku, który nigdy nie powinien nastąpić. Od tamtej pory czuje nieustanną potrzebę pomocy innym. Bagaż doświadczeń zmienia ją w przeciwieństwo tego, kim była. Teraz stara się nie rzucać w oczy, traci pogodę ducha, zapał i siłę, które sprawiały, że była tak wyjątkowa.

Theodore Finch codziennie rozmyśla nad sposobami, w jakie mógłby się pozbawić życia i zadaje sobie pytanie, od którego wszystko się zaczyna: "czy dziś jest dobry dzień, by umrzeć?". Śmierć go fascynuje, jednak rozpaczliwie szuka czegoś, co mogłoby go utrzymać przy życiu. Jego dom i jedyna rodzina, jaką posiada to ponura i obojętna na wszystko strefa, która sprawia, że Finch czuje się tak, a nie inaczej. 

Tych dwoje zna się ze szkoły jednak po raz pierwszy rozmawiają ze sobą, gdy dochodzi do spotkania na szkolnej wieży, a dokładnie na jej krawędzi, sześć pięter nad ziemią. Obydwoje nie zauważają się, aż do ostatniej chwili. Do samego końca nie wiadomo, kto, komu tak naprawdę uratował życie, ale od tamtej pory wszystko się zmienia. Tych dwoje kompletnie różnych ludzi połącza więź, którą tylko oni są w stanie zrozumieć. Gdy ta dwójka zostaje przydzielona do stworzenia wspólnego projektu szkolnego, ruszają w drogę, by poznać "cuda" Indiany, w miejsca dziwaczne, maleńkie, piękne, brzydkie i zaskakujące - zupełnie jak życie. Wkrótce dzięki Finchowi Violet przestaje odliczać dni, a zaczyna nimi żyć, a tylko przy Violet Finch może być sobą, nie takim wariatem, za jakiego go uważają i potrafi się śmiać.


Powiem szczerze, że miałam wobec tej książki wielkie oczekiwania. Nie spełniła ich, ale także mnie nie rozczarowała. Okazała się ogromnym zaskoczeniem, bo nie opowiadała o tym, czego się spodziewałam. 
Przez większość czasu nic konkretnego się nie działo, jeśli już pojawiały się ciekawsze sceny to były one przedstawione z przytupem, wywierały ogromne wrażenie, no przynajmniej dla mnie. Książka porusza bowiem tematy, których ludzie unikają. Śmierć, bycie odmiennym. Autorka zmierzyła się z tematem samobójstwa, a wszystko to opisała w sposób bardzo odważny. Sama historia Violet i Fincha, jak podejrzewam, wzięła się z jej przeżyć, które opisała zaraz przed podziękowaniami. Ludzie wokół niej wciąż umierali, a to wypadek, choroba, samobójstwo. Została więc naznaczona przez ludzi "łatką", pechem i dopiero w trakcie pisania tej książki zauważyła, że ludzie właśnie w taki sposób ją postrzegają, co również wdrążyła do życiorysu Violet. Wydaje mi się, że ta bohaterka miała być odzwierciedleniem jej samej, dziewczyny, która traci wszystko, co dla niej ważne, podczas gdy inni czekają, aż wreszcie całkiem się złamie.

"We do not remember days, we remember moments."

W przeżyciach autorki widziałam tyle wspólnego z bohaterami opowieści, że uświadomiłam sobie, iż poznając ich, tak naprawdę poznajemy ją i mimo że bohaterzy wciąż widzą w posiadaniu życia albo zło, albo "wypełnienie czasu" przed tym, co dopiero ma nadejść, to książka wcale nie została napisana w sposób depresyjny. Bohaterzy są bardzo kreatywni, pomysłowi i przeżywają różne przygody. Wydaje się, że korzystają z życia, a jednak pragną końca. Pytanie tylko, czy wzajemna miłość będzie wystarczająco silna, by odepchnąć złe myśli i ich ocali?

"Jesteś wszystkimi kolorami jednocześnie, w największej ich jaskrawości."

Początek książki nie był słaby, ale nie był też wciągający tak jakbym tego chciała. Akcja rozkręca się z czasem. Jest tu pare wręcz szokujących dla czytelnika scen, a zakończenie jest po prostu mocne. Do końca kibicowałam Violet i Finchowi, ale nie dostałam upragnionego zakończenia, tylko coś lepszego.

Ta książka nie przypomina mi żadnej wcześniej przeczytanej i nie mogę jej do niczego porównać. Choć porusza dość popularne wątki, tutaj są przedstawione w inny sposób niż ktokolwiek wcześniej je pokazał, być może z powodu doświadczeń autorki. Jedno mogę stwierdzić na pewno - to rzeczywistość w pełnej krasie.

Wyciągnęłam z tej książki także wiele pouczeń - pomagajmy ludziom, nim będzie na to późno. Także zmusza do refleksji nad życiem, jego kruchością, przemijaniem i tym, co nadejdzie i pamiętać, że najważniejsze jest to, co po sobie zostawimy.

„Co czterdzieści sekund ktoś na świecie umiera na skutek samobójstwa. Co czterdzieści sekund ktoś zostaje i musi uporać się z poczuciem straty i żałoby.”




Podsumowując, jest to historia psychologicznie złożona, w którą trzeba się wczuć i zrozumieć. Bohaterowie są bardzo autentyczni, ale trochę przeczący charakterem, co do swoich czynów i to właśnie sprawia, że nie czujemy się ponuro podczas czytania. O Violet wiele już napisałam wyżej, jest niczym odpowiednik Jennifer Niven, a Finch... Jest niezwykle nowoczesnym i szalonym, nazbyt szalonym, jak na obecne realia chłopakiem, co mocno wyróżnia go z tłumu. Uważa, że świat jeszcze nie jest na niego gotowy, ale wkrótce okazuje się, że problem tkwi głębiej niż w jego cechach charakteru.

Raczej nie wrócę do tej książki, ale nie żałuję ani minuty spędzonej na jej czytaniu i serdecznie polecam wszystkim, bo ta historia dużo bardziej niż rozrywką, ma być pouczeniem. Posiada też mnóstwo prawd i morałów.

"Boję się mojego własnego długiego sznura. Boję się Snu i nadchodzącego zatracenia się w nieważkości. Najbardziej boję się samego siebie."
Copyright © 2014 Sun Reads , Blogger